W sporej wielkości mieście sekretarka ważnego obywatela zapragnęła mieć dziecko. Nic w tym dziwnego, w końcu po to ludzie zakładają rodziny. Sęk w tym, że pani sekretarka i jej mąż własnych dzieci nie mają mimo starań i mimo niedoszłego dziadka – zawołanego, znanego ginekologa-położnika.

Oddam dziecko w dobre ręce

Strony z ogłoszeniami kupna-sprzedaży #dzieci miały zniknąć z polskiej części internetu po zmianie przepisów. Usunięto z nich bowiem tak zwaną adopcję ze wskazaniem – kiedy matka podawała sądowi dane rodziny, która za jej zgodą adoptowała urodzone przez nią dziecko.

Miały, ale nie zniknęły, co łatwo sprawdzić. Rynek się jednak wyraźnie skurczył, bo nie wszyscy potencjalni rodzice adopcyjni mają i pieniądze i koneksje, bez których ten numer jest nie do wykonania.

Same pieniądze albo same koneksje już nie wystarczą, trzeba mieć i jedno, i drugie.

Ogłoszenia dają zarówno potencjalni rodzice, chcący obejść narzucone prawem procedury, jak i matki – aby pozbyć się kłopotliwego przybytku w postaci dziecka.

Młoda, zdrowa, z małej miejscowości

Nadarzyła się pani sekretarce i jej mężowi młodziutka, zdrowa, w normie intelektualnej dziewczyna z dobrego domu, której trafiła się niechciana (głównie przez jej rodzinę) ciąża. Dziewczynę zaproszono do przyszłego dziadka – zawołanego ginekologa i położnika na badania, zatroszczono się o jej komfort aż do rozwiązania. W niewielkiej miejscowości nikt się o niczym miał nie dowiedzieć.

Jednocześnie pani sekretarka ze swym mężem zgłosili się do ośrodka adopcyjnego celem uzyskania kwalifikacji na rodziców adopcyjnych, bo jak powiedział im zaprzyjaźniony mecenas – bez tego papierka ani rusz.

Top Videos of the Day

Jakież było ich zdziwienie kiedy się okazało, że procedura nie trwa jeden dzień, lecz – że trzeba osobiście przejść wszystkie jej etapy i jeszcze odbyć wielogodzinne szkolenie…

Rozpoczęły się naciski. Nawet urzędnicy wojewody dzwonili, żądając kwalifikacji poza kolejnością.

Nieoczekiwanie jedna z rodzin zrezygnowała ze szkolenia, robiąc miejsce dla pani sekretarki i jej męża. Następnie równie nieoczekiwanie komisja kwalifikacyjna na podstawie wszystkich zgromadzonych danych i wyników badań zakwalifikowała rodzinę do adopcji dziecka o kilka lat starszego niż noworodek…

Jak wszyscy, pani sekretarka i jej mąż podpisali zobowiązanie do przestrzegania obowiązujących procedur oraz prawa adopcyjnego.

Kto by się przejmował

Młoda matka z małej miejscowości właśnie zbliżała się do terminu porodu. Zawołany ginekolog i położnik zaproponował – po co się męczyć? Zrobimy cesarkę, młoda nic nie poczuje i niczego nie zobaczy. Ewentualnemu przyszłemu mężowi będzie mogła naściemniać, że miała w młodości jakiś zabieg.

Jak powiedział, tak zrobił. Młoda matka z małej miejscowości tuż po przebudzeniu, jeszcze nie w pełni świadoma rzeczywistości, podpisała podsunięte jej niezgodne z prawem oświadczenie, iż pozostawia dziecko do adopcji przez panią sekretarkę i jej męża.

Pani sekretarka i jej mąż wyszli z prywatnej kliniki przyszłego dziadka – zawołanego ginekologa i położnika z wymarzonym, ciężko opłaconym i wyczekanym noworodkiem. Klinika wysłała do miejscowego sądu oświadczenie młodej matki z małej miejscowości.

Walka na pieniądze i koneksje

I tu się zaczęło, bo przyszły dziadek – zawołany ginekolog i położnik pomylił sądy. Gdyby wysłał oświadczenie do sądu miejsca zamieszkania młodej matki z małej miejscowości – wszystko by się powiodło, gdyż jak się w trakcie całej sprawy okazało – mając pieniądze i koneksje łatwo tam załatwić postanowienie dowolnej treści. Wysłał jednak do sądu w wielkim mieście.

Szkoda czasu na opisywanie szczegółów właściwych procedur, ważne że sprawę udało się uchwycić ledwie za koniuszek najcieńszej niteczki.

Pani sekretarka i jej mąż od wielu tygodni wiją się jak piskorze, lecz jak dotąd – zawsze wychodzą cało z każdej kolejnej bitwy, podejmowanej przeciwko przyklepnięciu tej transakcji kupna - sprzedaży. I to mimo, iż młoda matka z małej miejscowości nadal nie zrzekła się prawa do wychowania swojego dziecka.

Sprawą kupionego dziecka zainteresowano policję, izbę lekarską, prokuraturę w dwóch miastach, rzecznika praw dziecka, sąd okręgowy. I na każdy krok obrońców prawa pani sekretarka i jej mąż mają w zanadrzu naciski kolejnych, coraz wyżej postawionych, lewacko-czerwonych, platformianych notabli i przedstawicieli nadzwyczajnej kasty, którzy nadal siedzą na powiatowych i wojewódzkich stołkach oraz w policji, w prokuraturach i w sądach.

Szkoda młodej matki

W kotle walki o kupione dziecko pani sekretarka i jej mąż oraz zawołany ginekolog-położnik zapomnieli o młodej matce. Tymczasem młoda matka z małej miejscowości wchodzi w dorosłe życie ze szramą nie tylko na brzuchu.

Nikt jej nie udzielił właściwej pomocy, nikt jej nie zapytał o zdanie. A ona do końca życia będzie miała widoczny ślad po tym swoim pierwszym dziecku, którego nigdy nie widziała, do którego oddania zmusili ją jej rodzice, którego bliskości nigdy nie zaznała i którego losów już do końca życia będzie niepewna. Będzie się biła z myślami, będzie się borykała z wyrzutami sumienia, być może będzie się musiała zmierzyć nawet z ciężką depresją i myślami samobójczymi.

Tymczasem aktualnie obowiązujące przepisy gwarantują każdej matce daleko idące wsparcie – nawet w usamodzielnieniu od własnych rodziców, jeśli tylko wyraziłaby najmniejszą nawet, najcichszą deklarację kochania własnego dziecka. Na rozeznanie, czy decyzja matki jest jednoznaczna, podjęta bez nacisku z jakiejkolwiek strony i ostateczna – odpowiednie służby mają sześć tygodni od dnia porodu. I tych właśnie służb nie dopuściła do matki pani sekretarka i jej mąż wraz z przyszłym dziadkiem – zawołanym ginekologiem i położnikiem.

To nieprawda, że matki pozostawiające swoje dzieci w szpitalu nie zmieniają zdania.

źródło: własne Autora

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione.

#rodzicielstwo #prawa człowieka