5

Jest Pani córką aktorki Joanny Żółkowskiej i filmowca Witolda Holtza. Jaki wpływ na Panią miało dorastanie w środowisku aktorskim?

- Jak patrzę na to z perspektywy czasu to myślę, że z jednej strony przez to ten zawód nigdy nie wydawał mi się spełnieniem marzeń. Traktowałam go jak każdy inny, po prostu praca. I to czasami ciężka i niewdzięczna. Miałam zdrowy dystans do tego zawodu. Nie odbiła mi przysłowiowa woda sodowa. Świat teatru, aktorów był mi znany i nie budził emocji.

Panuje powszechne przekonanie, że dzieci mają zawsze łatwiejszy w start w zawodzie wykonywanym przez ich rodziców. Czy uważa Pani, że z tego powodu było Pani łatwiej na scenie i przed kamerami?

- Myślę, że tak bo byłam obeznana z tym światem i wiedziałam na czym ta praca polega.

Czy miałam łatwiejszy start? Chyba nie. Poczynając od egzaminów do szkoły teatralnej, kiedy dzieciom aktorów przygląda się bardziej dokładnie niż innym kandydatom przez poczucie, że idę śladami mojej mamy, aż po budowanie własnej aktorskiej rozpoznawalności musiałam jednak liczyć na siebie. Dlatego szukałam zawsze swojej drogi. Zawsze to porównuję do takich klanów lekarskich czy adwokackich. Wychowanie w danym środowisku ułatwia odnalezienie się bo wiadomo już "z czym to się je", rozumiesz ten styl życia. Myślę, że osobom wychowanym w zupełnie innych wzorcach i systemie trudniej jest odnaleźć się w realiach tak zwanego "wolnego zawodu", gdzie nie obowiązują stałe godziny pracy i wolne weekendy. U mnie próby, praca w różnych godzinach i praca w weekendy to była naturalna kontynuacja tego, co miałam w dzieciństwie.

Top Videos of the Day

W ramach cyklu programu Świadoma Mama w całej Polsce organizowane są spotkania dla kobiet w ciąży i młodych mam. Jest Pani Ambasadorką tego programu. Co Panią do tego skłoniło? Czym są dla Pani te spotkania?

- Od wielu lat prowadzę już te warsztaty. Polegają one na tym, że specjaliści, których zapraszamy z danego miasta dzielą się z przyszłymi bądź obecnymi rodzicami swoją wiedzą. Przez te lata bardzo dużo się nauczyłam. Miałam okazję patrzeć jak zmieniają się różne koncepcje w podejściu do wychowania, diety, pielęgnacji. Daje to takie poczucie, że albo słuchamy się siebie, albo naprawdę trzeba dzielić przez pięćdziesiąt to, co jest w danym momencie modne. Dla przykładu spójrzmy na zalecenia dotyczące pielęgnacji pępka noworodka. Kiedy rodziłam swoje pierwsze dziecko to specjaliści polecali przemywanie gencjaną, przy drugim dziecku - octaniseptem, a teraz zaleca się używanie wody i mydła. Trzeba zajmować się dzieckiem jak dla nas jest wygodnie, nie histeryzować, być spokojnym i w zgodzie ze sobą.

Te spotkania dają mi także bardzo dużo dobrej energii bo z wielką przyjemnością spotykam się z mądrymi ludźmi, których mogę słuchać, a także z uczestniczkami i uczestnikami, którzy dają mi mnóstwo pozytywnych emocji. Ja na tych spotkaniach opowiadam o pracy z mięśniami dna miednicy. Uważam, że ten temat jest ogromnie ważny dla przyszłych mam.

„Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko”. Czy to jest tylko frazes? Jak Pani zdaniem przyszłe mamy powinny dbać o siebie, by spełniły się te słowa?

- W pytaniu częściowo zawarta jest odpowiedź. Powinny dbać o siebie, bo jeśli są zestresowane i smutne, walczą z całym światem, nie dają sobie pomóc, zapominają o tym, że są także kobietami dla swoich partnerów czy mężów, to nie będzie to dobre. Oczywiście macierzyństwo "zasysa" kobiecość na jakiś czas, ale w pewnym momencie trzeba sobie o niej przypomnieć. Seksuolodzy na naszych spotkaniach podkreślają, że po narodzinach dziecka wiele rzeczy bardzo szybko może się zepsuć w związku jeśli nie będziemy pamiętać o zbudowaniu dobrej relacji z partnerem. Zatem dziewczyny apeluję: dbajcie o siebie! Naprawdę nic się nie stanie jak dziecko na godzinę czy dwie zostanie tylko z tatą, nianią czy babcią, a wy w tym czasie wyjdziecie do fryzjera, kosmetyczki, poćwiczyć czy po prostu z przyjaciółką na kawę. Jak wy będziecie szczęśliwe i uśmiechnięte, to dziecko także będzie lepiej znosić rzeczywistość.

Jest Pani jedną z nielicznych aktorek, które więcej grają w teatrze niż w filmie. Czy bardziej pociąga Panią scena niż ekran?

- Nie jest to mój wybór. Tak się po prostu toczy moje życie. Zresztą moja mama też chyba więcej gra w teatrze. Scena daje mi ogromną satysfakcję więc cieszę się, że mogę od 15 już lat mieć po kilka premier w sezonie.

Była Pani związana z Teatrem Powszechnym w Warszawie, ale występuje także w innych teatrach. Jakie role teatralne wspomina Pani najlepiej?

- Z Teatru Powszechnego odeszłam 2 lata temu, ale bardzo dobrze wspominam mój debiut sceniczny, czyli rolę Jenny w spektaklu pt. "Kształt rzeczy", za którą otrzymałam nagrodę "Feliks Warszawski" w kategorii najlepsza aktorka. Było to 5 lat po dyplomie. To było moje pierwsze zetknięcie z postacią komediową. Drugą moją premierą było "Białe małżeństwo", grałam Paulinkę. Wtedy dopiero poczułam, że naprawdę daję radę i że zasłużyłam na ten zawód. To była bardzo trudna, wymagająca, ale też dająca wiele satysfakcji rola. Wtedy zaprzyjaźniłam się z Anią Moskal, która grała moją siostrę, Biankę, i z którą przez kolejne lata siedziałyśmy razem w garderobie. Lubię tez bardzo spektakl "Dzień Walentego", w którym grałam rolę młodszej, a mama rolę starszej Katii. Grałyśmy więc we dwie tę samą postać. Z obecnych ról, oprócz dwóch fars, w których gram tj. "Skok w bok" i "Spa" oraz komedii "Ludzie inteligentni", występuję także w takim offowym spektaklu pt. "Gabinet" w Teatrze Młyn. Uwielbiam tę rolę, jest bardzo wielowymiarowa i naprawdę trudna. Zupełnie inną przygodą jest "Biblia" - spektakl dla dzieci w Nowym Teatrze w Warszawie. Świetna praca z reżyserem Michałem Zadarą, ale też duże wyzwanie bo dla dzieci gra się zdecydowanie trudniej niż dla dorosłych.

Z "Klanem" jest Pani związana od początku emisji telenoweli, od roku 1997. Jak wspomina Pani młodziutką Paulinę, która stawiała swoje pierwsze kroki w tym serialu?

- Tamta Paulina była bardzo zestresowana, grała intuicyjnie, ale miała przekonanie, że to coś bardzo ważnego w jej życiu. To był etap kiedy nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Za dużo rzeczy mnie interesowało (śmiech). Nagle musiałam się skoncentrować na grze w serialu "Klan". Dużo to mnie nauczyło i dało przestrzeń do tego, żeby pokochać ten zawód.

Zdawała Pani na reżyserię, ale się nie dostała. Czy teraz, po latach te marzenia, aby znaleźć się po drugiej strony sceny lub kamery do Pani powracają?

- Bardziej chyba zajęłabym się reżyserią sztuk teatralnych. Zdawałam do łódzkiej filmówki. Pamiętam to miasto z tamtego czasu, strasznie zaniedbane. Teraz z przyjemnością wracam do Łodzi, która wizualnie bardzo się zmienia. Myślę, że kiedyś te marzenia, aby stworzyć coś będąc po drugiej stronie teatralnej rampy się zrealizują.

Pani magicznym miejscem są polskie Tatry. Za co kocha Pani to miejsce? Cóż takiego odkrywasz w naszych górach?

- W górach odkrywam to, jakimi jesteśmy drobinkami w kosmosie. Myślę, że każdy, kto się zmierzy z górami, nawet tak niewysokimi jak polskie Tatry, orientuje się, że jest naprawdę małym pyłkiem. Góry stoją i stać będą długo jeszcze po tym, jak znikną ludzie na ziemi. Wędrówki po górach dają mi spokój. Dwa lata temu miałam okazję po raz pierwszy biegać po Tatrach i wyznam Panu, że było to niesamowite przeżycie. Każdy krok musi być przemyślany, aby nie zrobić sobie krzywdy na szlaku. Jest to wspaniały trening dla naszego mózgu, w tym naszym zabieganym życiu codziennym. Takie tu i teraz. Mam nadzieję, że w tym roku uda mi się to powtórzyć.

Jest Pani współautorką książki pt. “Po pierwsze JOGA”. Co daje Pani joga?

- Dwie rzeczy. Po pierwsze joga daje mi samoświadomość ciała i to jest bardzo przydatne, także na scenie. Jogę traktuję jako związek oddechu z ciałem. Nie wdrożyłam się jeszcze wystarczająco systemy filozofii indyjskiej. Uprawiam dużo różnych sportów i drugą rzeczą jest to, że joga jest dla mnie ratunkiem, gdy z moim ciałem zaczyna się dziać coś niepokojącego. Gdy czuję, że potrzebuje wsparcia, większej mobilności, relaksu. To jest taka moja pierwsza pomoc (śmiech).

Na egzamin do Akademii Teatralnej przygotowała Pani monolog "Diany" Słowackiego i fragmenty powieści Gabriela Garcíi Márqueza. W swoim dziele “Miłość w czasach zarazy” napisał on: “Dzieci kocha się nie dlatego, że są dziećmi, ale z przyjaźni, która towarzyszy ich wychowaniu”. Zgadza się Pani z tym zdaniem?

- Zdecydowanie się z tym zgadzam. Uważam, że dzieci, rodziców, braci i siostry kocha się bezwarunkowo dlatego, że są krwią z krwi, ale można ich nie lubić. Nigdy nie wiemy, jaki człowiek wyrośnie z naszego dziecka. Może się okazać, że będzie miał tak skrajne inne poglądy od naszych, że nie będzie naszym przyjacielem. Będzie po prostu naszym dzieckiem, które będziemy zawsze kochać i stać w jego obronie, ale nie będziemy się kumplować, a wspólne spędzanie czasu będzie koszmarem. Bazą do dobrych relacji jest wzajemny szacunek i akceptacja odrębności. Mnie i moim rodzicom się to udało. W córkach staram się także budować poczucie, że są absolutnie odrębnym bytem i nie tylko nie muszą myśleć jak ja, ale także mogą mieć zupełnie inny gust. A ja powinnam to uszanować. Są fajnymi dziewczynkami, które zarówno kocham jak i lubię. Podoba mi się także ich myślenie o świecie. Zobaczymy oczywiście, jakie będą jak dorosną (śmiech). Na razie jest nam bardzo dobrze. Chcemy mieć dorosłe dzieci wychowane na asertywne, pewne siebie osoby, a jak są małe to robimy wszystko, aby były grzeczne, nieasertywne, ułożone. Potem oczekujemy, że to się nagle zmieni i ci dorośli będą parli do przodu, świetnie sobie radzili w życiu. Niestety najczęściej tak to nie działa.

Gabriel García Márquez powiedział także “Nie biegnij za szybko przez życie, bo najlepsze rzeczy zdarzają się nam wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy”. Śledząc Pani życie zawodowe mam wrażenie, że jest ono w ciągłym biegu. Udaje się Pani zatrzymać na chwilę, aby dać sobie szansę dostrzec te niespodziewane rzeczy?

- Ja chyba chwytam je w locie (śmiech). Zajmuję się wieloma rzeczami, bo poza aktorstwem prowadzę treningi siłowe, biegam. Wiele z tych rzeczy to prawdziwe wyzwania, no bo co to za pomysł, żeby w wieku 40 lat zostać trenerem treningu siłowego. Można by powiedzieć, że już powinnam szykować się do zwijania interesu na ziemskim padole (śmiech). Dla dwudziestolatka to już jestem jedną nogą w grobie, a ja robię coś takiego i jeszcze jestem szczęśliwa. Warto być otwartym na to, co świat przynosi i jeśli nawet robimy to w biegu - to należy robić to, co sprawia nam przyjemność.

Czy gdyby Pani córki chciały zostać aktorkami, to odradzałaby im to Pani, czy wręcz przeciwnie? Jakie są dla Pani blaski i cienie pracy aktorki?

- Absolutnie nie chcę w to ingerować. Można miesiącami czekać na rolę, nie trafić w odpowiednie miejsce i czas, można mieć za duże oczekiwania w stosunku do tego zawodu, ale czy nie można tego odnieść do każdego innego? Na pewno cieniem jest brak anonimowości, to, że często przestajemy być dla siebie na wyłączność. Plusem jest m.in. to, że możemy działać charytatywnie, pomagać innym i wtedy ta rozpoznawalność na coś się przydaje. Tak naprawdę, jeśli zawód sprawia nam przyjemność, to nie ma co myśleć o blaskach i cieniach! Trzeba po prostu zakasać rękawy i do roboty!

Jakie ma Pani plany zawodowe na najbliższe miesiące?

- Jeździmy po Polsce ze spektaklami "Skok w bok" i "Spa", "Lilka, cud miłości", "Po co są matki?" oraz gram w sztuce "Gabinet", o czym już wspominałam. Po wakacjach szykują się próby do nowej sztuki, ale na razie nie mogę jeszcze mówić o szczegółach.

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę i życzę wszystkiego najlepszego.

- Dziękuję Panu za to spotkanie. Pozdrawiam Pańskich czytelników i do zobaczenia.

źródło: własne Autora

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione.