Adam Sęczkowski: Jaki moment ze swojego dzieciństwa szczególnie Pan zapamiętał?

Łukasz Zagrobelny: Wiele jest takich momentów. Wspomnę chociażby pierwsze Święta Bożego Narodzenia i Świętego Mikołaja, za którego przebrała się moja babcia. Często myślami wracam do wakacji u mojej rodziny na wsi. To są takie małe chwile, które są do dziś we mnie.

Czy przechodził Pan typowo nastoletni okres buntu?

- Tak. Byłem typowym nastolatkiem. Byłoby dziwne, gdybym takiego okresu buntu nie miał. Byłem obrażony na cały świat, ale na szczęście ten czas szybko minął.

Pańskie życiowe wybory są dosyć niecodzienne. Studiował Pan na Wydziale Edukacji Muzycznej Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego, zdobywając tytuł magistra sztuki jako dyrygent chóralny, ale także chodził Pan do technikum ekonomicznego o profilu telekomunikacyjnym, specjalność - eksploatacja pocztowa. Z jakich pobudek wynikały takie decyzje?

- Szkoła średnia czyli to nieszczęsne technikum ekonomiczne o profilu telekomunikacyjnym, specjalność - eksploatacja pocztowa - to był wybór dziwny, ale po prostu chciałem zrobić maturę.

Wiedziałem, że będę zdawał egzaminy do Akademii Muzycznej, ale potrzebne mi było ukończenie szkoły średniej, aby uczyć się w szkole wyższej (śmiech). Okazało się, że ta szkoła nie była taka łatwa jak przypuszczałem. Oprócz przedmiotów ogólnokształcących uczono w niej przedmiotów zawodowych, takich jak: ekonomia, mikroekonomia czy statystyka. Były one bardzo absorbujące. Oprócz matury musiałem zdawać testy z przedmiotów zawodowych. Dziś jednak mogę odprawić zmianę na poczcie, wpisać listy polecone do księgi itd. (śmiech).

Czy uważa Pan, że wykształcenie muzyczne pomogło Panu w karierze?

- W karierze nie pomogło, ale pomogło w wykonywaniu tego zawodu. Spotkaliśmy się w Teatrze Muzycznym w Łodzi.

Odnosząc się do Pańskich umiejętności chciałbym zapytać, czy dzisiaj mógłby Pan zadyrygować chórem lub zagrać na akordeonie?

- Za dużą miałem przerwę w ćwiczeniach gry na akordeonie, a zadyrygować chórem? Tak od razu raczej nie, ale po jakichś przygotowaniach i pod okiem życzliwego dyrygenta i życzliwego chóru byłbym w stanie to zrobić (śmiech).

Top Videos of the Day

W 1997 roku poznał Pan Elżbietę Zapendowską, od której otrzymał Pan zaproszenie na warsztaty wokalne. Jak wspomina pan lekcje z "matką chrzestną wielu gwiazd", czas, który poświęcała na szlifowanie Pańskiego głosu?

- Ela Zapendowska jest bardzo wymagającą nauczycielką. Mogę powiedzieć, że w sprawach zawodowych i wokalnych jest bezwzględna. Mówi prosto w oczy to, co myśli. Dla niektórych młodych wokalistów i adeptów sztuki wokalnej taka brutalna prawda czasem bywała bolesna. Uważam jednak, że jest to bardzo potrzebne. Albo ktoś ma talent i jest dobry, albo nie nadaje się do tego zawodu. Lepiej być dobrym stolarzem niż marnym piosenkarzem. Ela uczyła śpiewać na bardzo wartościowych utworach z repertuaru np. Kabaretu Starszych Panów, Wojciecha Młynarskiego, Agnieszki Osieckiej. Myślę, że taki dobór repertuaru kształtuje wrażliwość młodych wokalistów. Dzięki tym piosenkom można się bardzo dużo nauczyć i Ela przywiązywała wagę do tego, aby śpiewać mądre i wartościowe piosenki. Nad takimi utworami najczęściej się skupialiśmy.

Bardzo wiele mnie nauczyła i jestem jej za to wdzięczny.

Po debiucie w Opolu otrzymał Pan zaproszenie na casting do Teatru Roma, w którym przygotowywano wystawienie światowego hitu „Miss Saigon”. Jaka była Pańska reakcja na informację, że zagra Pan jedną z głównych ról?

- Byłem szczęśliwy, ale także nieco przestraszony. Nie wiedziałem do końca w co się pcham. Byłem bez jakiegokolwiek doświadczenia teatralnego i wszystko, czego się nauczyłem w tym zakresie, stało się na deskach Teatru Roma. To było wielkie wyzwanie. Patrząc z perspektywy czasu uważam, że było to dla mnie za trudne i za wcześnie, żebym występował w takiej roli.

Jest Pan piosenkarzem i aktorem musicalowym. Czy jest jakaś różnica w przygotowaniach do występów na scenie teatru i np. podczas koncertu plenerowego?

- Oczywiście, że tak. #teatr i #musical to jest zupełnie inny świat niż śpiewanie na estradzie. Na scenie jestem Łukaszem Zagrobelnym, który śpiewa swoje piosenki, a w teatrze odtwarzam postać, która czasem jest wbrew moim warunkom. Poza tym przygotowania do wystawienia musicalu trwają bardzo długo. Jak sobie przypomnę przygotowania do musicalu "Dr. Żywago" - to były trzy miesiące prób, "Notre Dame de Paris" - sześć tygodni bardzo intensywnych prób, tak więc jest to bardzo czaso i pracochłonne.

Występował Pan m.in. w musicalach "Miss Saigon", "Grease", "Koty", "Taniec wampirów", "Akademia pana Kleksa", "Deszczowa Piosenka", "Upiór w Operze", "Notre Dame de Paris", "Dr. Żywago", "Les Miserables". W której roli musicalowej, w którą się Pan wcielił, czuł się Pan najlepiej?

- Myślę, że rola Doktora Żywago jest moim musicalowym "Mount Everestem". To jest najważniejsza i najtrudniejsza rola, z jaką przyszło mi się zmierzyć. Mam olbrzymi sentyment do roli Clopina w "Notre Dame de Paris". Bardzo lubię też grać Enjolrasa w "Les Misérables".

Brytyjski pisarz John Ronald Reuel Tolkien powiedział: "Nie zamartwiaj się jednak przyszłością. Dzień dzisiejszy wystarczy ci aż nadto". Chwyta Pan dzień, czy często rozmyśla Pan o najbliższych tygodniach, miesiącach?

- Jestem osobą, która bardzo poważnie myśli o przyszłości i wyprzedzam myślami swoje prywatne i zawodowe działania. Nie potrafię żyć tylko i wyłącznie dniem dzisiejszym. Najczęściej plan zawodowy mam już ułożony na najbliższe miesiące i lata.

Podobno kocha Pan podróże... Najpiękniejsze miejsce, które Pan zwiedził i które chciałby Pan jeszcze zobaczyć?

- Bardzo dobre wspomnienia mam z wakacji w Meksyku. Uwielbiam wypoczywać w Grecji i staram się często tam wracać. Bardzo chciałbym zobaczyć kraje azjatyckie.

18 marca 2013 r. Polskie Radio wydało Pański album pt. "Symfonicznie". Już pięć lat fani czekają na kolejną płytę. Kiedy mogą się jej spodziewać?

- Myślę, że mam bardzo cierpliwych i wyrozumiałych fanów (śmiech). Oczywiście można nagrać płytę w ciągu dwóch miesięcy i pokazać ludziom coś, z czego z pewnością nie byłbym zadowolony, ale nie o to przecież chodzi. Nagranie dobrej płyty nie jest prostą rzeczą. Staram się, aby moja nowa płyta ukazała się jeszcze w tym roku, ale czas nie jest z gumy. Mam strasznie dużo swoich zawodowych zobowiązań, z których muszę się wywiązać. W międzyczasie tworzę nowe piosenki, a zatem mam nadzieję, że w drugiej połowie 2018 roku pojawi się mój nowy krążek.

Zdobył Pan Superjedynkę za duet z Eweliną Flintą w piosence „Nie kłam, że kochasz mnie” promująca komedię romantyczną Piotra Wereśniaka „Nie kłam, kochanie”. Czy Łukasz Zagrobelny ma duszę romantyka?

- (śmiech) Oczywiście, że mam. Jestem zodiakalnym rakiem, a czytałem kiedyś, że są to chyba najbardziej romantyczne znaki zodiaku. Gdybym nie był romantykiem to nie czułbym się tak dobrze w balladach, które uwielbiam śpiewać i w które wkładam tyle serca. Wbrew mojej fizyczności jestem bardzo romantycznym człowiekiem (śmiech).

Na koncie ma Pan współpracę z wieloma artystami m.in. Marylą Rodowicz, Natalią Kukulską, Ryszardem Rynkowskim, Eweliną Flintą, Hanną Stach, Grażyną Łobaszewską. Czego ta współpraca Pana nauczyła?

- Każda współpraca z kolejnym artystą, z którym przychodzi mi spotkać się przy mikrofonie, to jest dla mnie kolejne cenne doświadczenie. Z każdej takiej współpracy wyciągam wnioski i staram się rozwijać. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt śpiewać z takimi artystami.

W jednym z wywiadów sprzed kilku lat powiedział Pan: "Marzę o pięknym domu nad morzem, w ciepłym kraju. Na razie jednak poświęciłem się muzyce. To moja jedyna, zazdrosna żona i kochanka" Czy udało się spełnić któreś z tych marzeń?

- Cały czas zarabiam na ten dom nad morzem, ale myślę, że już jestem gdzieś w połowie drogi w tej zbiórce (śmiech). Estrada nadal jest bezkompromisowa. To moja żona i kochanka. Przyznam jednak, że jakoś specjalnie nie ciągnie mnie do tego, aby założyć rodzinę i się ustabilizować. Żyję estradą i śpiewaniem. Kocham to całym moim sercem i póki co, na razie tak zostanie.

Pamiętam film pt. "High School Musical 3: Ostatnia klasa", wyprodukowany przez Disney Channel. Rolą Troya Boltona rozpoczął Pan przygodę z dubbinigiem. Co jest najciekawsze w pracy dubbingowca?

- Tak naprawdę to jest bardzo ciężki kawałek chleba. Trzeba idealnie oddać głosem charakter i emocje swojego bohatera. Fantastycznie bawiłem się przy tej kreacji i bardzo miło to wspominam.

Jak wyglądają najbliższe plany i marzenia Łukasza Zagrobelnego?

- Po pierwsze wydanie płyty, po drugie eksploatacja spektakli, w których biorę udział czyli "Dr. Żywago" w Białymstoku, "Notre Dame de Paris" i "Les Mirelables" w Łodzi, a po trzecie koncerty zarówno moje autorskie, jak i udział w różnych projektach, do których już pojawiły się zaproszenia. Tak więc będzie to dla mnie kolejny bardzo, bardzo, bardzo pracowity rok.

Mam nadzieję, że chociaż na jeden z autorskich koncertów przyjedzie Pan do Łodzi.

- Oczywiście. To mogę obiecać. Bardzo lubię Łódź. Mam świetne wspomnienia z tego miasta. W Łodzi odebrałem moją pierwszą poważną nagrodę muzyczną. W 2008 roku podczas gali Eska Music Awards w Hali Sportowej odebrałem nagrodę w kategorii Artysta Roku.

Dziękuję za rozmowę i życzę Panu wszystkiego najlepszego.

- Dziękuję Panu i pozdrawiam Pańskich czytelników.

źródło: własne Autora

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #muzyka