W 2004 roku UE wprowadziła w życie dyrektywę, która od 2011 roku objęła nowym rygorem producentów i dystrybutorów ziół leczniczych oraz suplementów diety stworzonych na bazie naturalnych składników. Na mocy Traditional Herbal Medicinal Products Directive zakazano nieautoryzowanego obrotu tego typu produktami na terenie UE, wprowadzając liczne formy regulacji, zezwoleń i zatwierdzeń produktów przed wprowadzeniem do obrotu. Działania te służyć miały zapewnieniu większego bezpieczeństwa w dostępie do naturalnych substancji leczniczych, jednak praktyka pierwszych lat stosowania dyrektywy poddała w wątpliwość celowość wielu obostrzeń, a konsekwencją restrykcji okazało się utrudnienie dostępu do poszukiwanych na rynku specyfików. Efekt jest odmienny od zamierzonego: ludzie nie mogąc znaleźć naturalnych ziół, czy suplementów, które dotąd kupowali w sprawdzonych źródłach, sięgają częściej po produkty kupowane poprzez sklepy internetowe, często niewiadomego pochodzenia.

Protesty nie pomagają

Debata zwolenników i przeciwników tak pojmowanej unijnej kontroli toczy się od momentu, gdy tylko rozpoczęto przygotowanie projektów dyrektyw. Po wejściu w życie nowych przepisów wiele organizacji w Polsce i na świecie wystosowało petycje skierowane do Komisji Europejskiej oraz do rządów państw członkowskich, apelując powstrzymanie unijnej biurokracji. Jednym z oponentów wprowadzanej przez instytucje europejskie polityki jest brytyjska organizacja Alliance for Natural Health, która walczy też m.in. z modyfikowaną genetycznie żywnością. ANH nie zawahał się ze swoimi racjami skierować przed oblicze sprawiedliwości, jednak jak dotąd zarówno wyroki sądów krajowych, jak i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości są po myśli urzędników z Brukseli.

Czy naprawdę nie da się prościej?

Istnieje uproszczona procedura rejestracji, która umożliwia zarejestrowanie ziołowych produktów leczniczych z pominięciem dostarczania dokumentacji szczegółowych testów laboratoryjnych. Warunkiem do zastosowania takiej procedury rejestracji jest dowiedzenie stosowania rejestrowanych specyfików leczniczych przez minimum przez 30 lat, w tym przez minimum 15 lat w krajach Unii. W tym konkretnym przypadku chodzi przede wszystkim o możliwość odwołania się do wcześniejszych publikacji literatury naukowej. Pytanie jednak, czy tak skonstruowana procedura rzeczywiście może zostać uznana za uproszczoną, skoro zamyka drogę do rejestracji wielu produktom medycyny chińskiej, czy indyjskiej. Jak wylicza w swoich opracowaniach ANH, sam tylko system starożytnej medycyny indyjskiej zwany Ajurweda ma w swoim asortymencie około 1500 rodzajów specyfików stworzonych z ziół. Tymczasem w latach 2004 – 2012, a więc w okresie, gdy konieczne było zarejestrowanie tego typu specyfików, by nadal można było legalnie handlować nimi w UE, zarejestrowano jedynie 133 tego typu ziołowe preparaty. Jak widać unijne „rejestracyjne sito” ma niewielką przepustowość.

Nieuporządkowane uporządkowanie

Jakkolwiek zarejestrowanie specyfiku zwykle jest możliwe, to jednak zawsze okazuje się bardzo kosztowne i żmudne. Duże koncerny, zajmujące się ziołolecznictwem i suplementami diety na masową skalę, stać na to, by przeprowadzić całą procedurę, włącznie z wieloletnimi badaniami klinicznymi. Na przegranych pozycjach stoją jednak mniejsi producenci, którzy komponują swoje mieszanki z wielu różnorodnych ziół.

Zawiłości procedur rejestracyjnych i wciąż nowelizowanych regulacji Komisji Europejskiej sprawiły, że zamiast uporządkowanego rynku specyfików pochodzenia naturalnego wytworzyło się coś w rodzaju specyficznego „podziemia ziołoleczniczego”. Sytuację komplikuje fakt, że w zalewie urzędniczej biurokracji coraz mniej osób orientuje się w tym, co jest aktualnie zakazane, a co dozwolone – w istocie większość ziołowych preparatów leczniczych, które są dziś dostępne dla europejskiego konsumenta, jest objęta zakazem dystrybucji, bowiem nie uzyskały one formalnego „błogosławieństwa” UE.

Źródła: ec.europa.eu, anh-europe.org, www.bbc.com. #Unia Europejska #odżywianie #leczenie