Zaczęło się pechowo. Zajęcia z techniki i taktyki, trachnięcie w kręgosłupie i długotrwałe zwolnienie. Po licznych wizytach u lekarzy i rehabilitantów, ląduję w szpitalu na oddziale neurologicznym. Tam tomografie, konsultacje i diagnoza: przepuklina dyskowa zakwalifikowana do operacji. W międzyczasie trzeba złożyć dokumenty do #ZUS, bo umowa o pracę się skończyła i całe radosne wydarzenie zakwalifikowano jako wypadek przy pracy. Potem następny pobyt w szpitalu, operacja i wypis.

Co po powrocie do domu zastaję w skrzynce pocztowej? Pismo z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych dające mi 14 dni na dostarczenie pełnej dokumentacji medycznej do ww. instytucji. Mam też możliwość porozmawiania telefonicznego z urzędnikiem odpowiedzialnym za moją sprawę. Rozmowa dosyć absurdalna, bo mimo że leczenia jeszcze nie skończyłam, dokumenty mam dostarczyć i już, a to, że jestem po operacji kręgosłupa mało kogo interesuje. Wszystkie papiery mają być potwierdzone, co do zgodności z oryginałem.

Turlam się (bo chodzeniem tego nie można było nazwać) do szpitala, w którym mnie diagnozowano. Dostaję zgodę na wydanie dokumentacji i jednocześnie prowadzę radosne dialogi. "Pani to do ZUS potrzebuje, banda to jest, ostatnio przysłali do mnie kombatanta na wózku, żeby im udowodnił, że mu się renta należy. Wie Pani, dlaczego chcą żeby Pani to sobie sama załatwiła? Bo za to się płaci" Rzeczywiście, każda strona potwierdzona kosztuje 1 zł.

Zgromadziłam papiery, złożyłam i pomyślałam "mam z nimi spokój". W złą godzinę pomyślałam, bo za tydzień pismo, że w dniu takim i takim mam się stawić na komisji. Lekarz orzecznik sprawdzi czy aby na pewno jestem chora. Stawiłam się, mówię lekarzowi orzecznikowi, że operację miałam. Lekarz nie ma żadnych wątpliwości: L-4 mi się należy, ale żeby tak całkiem przy okazji bliznę po operacji pokazała. Moja mina bezcenna. Bliznę pokazałam, może jeszcze takiej nie widział i robi to w celach naukowych. Papier, pieczątka i decyzja: rzeczywiście jestem chora.

Pomyślałam: mam spokój, i jak zwykle w złą godzinę pomyślałam. Następne pismo. Mam się stawić do ZUS i wyjaśnić, dlaczego w dniu takim a takim nie byłam obecna w domu. Kontrole z szacownej instytucji przyszedł mnie sprawdzić, czy aby na pewno jestem chora. Mało istotne, że zwolnienie lekarskie mam "chodzone", wyjaśnienia trzeba bezwzględnie złożyć. Pismo napisałam, wyjaśniłam, iż byłam na rehabilitacji. Składając je na dzienniku podawczym, pytam urzędniczkę. "Proszę pani, a może byście tak dali spokój, operację kręgosłupa miałam, komisję zusowską też. Czy można to odnotować w dokumentach?" Urzędniczka ze szczerym uśmiechem poinformowała mnie, że nic to nie da. Z zasady kontroluje się wszystkie zwolnienia powyżej 30 dni, bo Polak oszukuje i nielegalnie w czasie zwolnienia pracuje.

Nic nie powiedziałam i pomyślałam "mam z nim spokój". Oczywiście w złą godzinę pomyślałam. Następne pismo, tym razem z decyzją, że nie mój wypadek przy pracy nie był wypadkiem przy pracy. I mało istotne, że komisja BHP pracodawcy uznała, że jednak to wypadek przy pracy. Od decyzji oczywiście mogę się odwołać do sądu za pośrednictwem ZUS. Następne pismo i następna wizyta w szacownej instytucji. Wychodząc, pomyślałam, że jeszcze wiele razy tutaj przyjdę a do chorowania w naszym kraju trzeba mieć końskie zdrowie. Autorka zapewnia, że ciąg dalszy nastąpi.