Z pewnością ironiczny wydźwięk współczesnej popkultury przyczynia się do powstawania takich obrazów jak: "Mapy gwiazd", "Sils Maria" czy "Birdman", jednocześnie stawiając fundamenty pod dyskusję odnośnie cienkiej granicy pomiędzy statusem aktora a celebryty. Co ciekawe, swoistej krytyki systemu produkcyjnego hollywoodzkich gwiazd podejmują się nie Amerykanie, lecz baczni i uważni reżyserzy międzynarodowej klasy. Do tego grona, ostatnimi czasy dołączył Alejandro González Iñárritu ze swoim obrazem "Birdman", w którym główną rolę powierzył Michaelowi Keatonowi. #film jest swoistą nowością w portfolio Meksykanina, bowiem w odróżnieniu od "Amorres Perros", "Babel" czy "21 gramów", historia o upadłym aktorze jest słodko-gorzką tragikomedią o fantastycznym zabarwieniu.

Tytułowym Birdmanem jest Riggan Thomson (Michael Keaton), będący zdewastowanym psychicznie aktorem, mającym trudności w odnalezieniu się zarówno w świecie blockbusterowych produkcji, jak i kameralnych, broadwayowskich spektakli. Iñárritu pozwala sobie na dosłowne i nieco cyniczne porównanie, bowiem kariera Thomsona do złudzenia przypomina karierę samego Keatona, którego okres świetności przypadł na przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to wcielał się w postać Batmana w przesadnie gotyckich obrazach Tima Burtona.

Główny bohater, ponad dwadzieścia lat po wcieleniu się po raz ostatni w Birdmana wciąż boryka się z zaszufladkowaniem jako odtwórca skrzydlatego superbohatera, przez co jest wiecznie rozedrgany emocjonalnie i balansuje na granicy takich stanów jak: depresja, euforia oraz gniew. W międzyczasie, jego spersonifikowane ego w postaci Birdmana sukcesywnie wykrzykuje mu do ucha co ma myśleć i jak się zachowywać. Spór z ego jest zobrazowaniem jego wewnętrznej walki pomiędzy przynależnością do kina wysokobudżetowego lub instytucji teatru. Thomson wyraźnie wydaje się znajdywać w rozkroku pomiędzy tymi dwoma światami, dzięki czemu, w postaci swoistej ucieczki od tego wyboru, kreuje własną rzeczywistość, w której dysponuje zdolnościami, jakich pozazdrościłby mu nie jeden rasowy superbohater. W odnajdywaniu się w tej niecodziennej codzienności nie pomaga mu fakt, iż niebawem nastąpi premiera jego adaptacji opowiadania Raymonda Carvera na Broadwayu, w związku z którą jest więcej niedociągnięć i niewiadomych niż pewników. W dodatku jego dziewczyna okazuje się być w ciąży, zaś córka wróciwszy z odwyku stara się wyraźnie zaznaczyć swoją obecność w teatrze. Na domiar złego, jednego z głównych aktorów zastępuje brawurowy Mike Shiner (Edward Norton) - zapalczywy hiperrealista w swoich działaniach aktorskich, z którym współpraca nie należy do najłatwiejszych, ponieważ znaczna część ich relacji opiera się na konflikcie, wynikającym z różnic pokoleniowych a co za tym idzie i podejściem do odgrywania na scenie.

Na pierwszy plan aktorskich kreacji wybija się duet Keaton-Norton, który kipi energetycznym konfliktem oraz wysmakowaną brawurą. Zach Galifinakis grający producenta, w końcu dostał szansę na odtworzenie roli poważnej, w której nie wchodziłoby w grę zbytnie przeszarżowanie, czego efektem jest niesamowicie wiarygodna kreacja. W odróżnieniu do postaci granej przez Naomi Watts, będącej jedynie pustym dodatkiem do sztuki i służącej za okazyjnego partnera do dialogu. Emma Stone, zaś w nieco szczuplejszej postaci niż dotychczas przyzwyczaiła widzów, sprawdziła się doskonale w roli sfrustrowanej córki po przejściach.

"Birdman" charakteryzuje się świetną reżyserią, a także konsekwentnym zrozumieniem i wykorzystaniem relacji pomiędzy światem teatru i filmu. Filmowa rzeczywistość niemal co chwilę przenika się z tą teatralną, zaś brak cięć montażowych wzmaga uczucie płynności i umowności czasoprzestrzennej, niczym w spektaklu, wzbogaconym o muzykę perkusyjną graną na żywo. Iñárritu z chirurgicznym wręcz wyczuciem burzy ostatnią ścianę pomiędzy teatrem a kinem, zapraszając widza do uczestniczenia w tym niecodziennym wydarzeniu. Uczucie obcowanie z dziełem kompletnym potęguje fantastyczna praca kamery, dosłownie przepływającej przez kolejne zakamarki teatru St. James, jednocześnie udowadniając, że autor zdjęć - Emmanuel Lubezki, po odebraniu Oscara za zdjęcia do "Grawitacja" nie obniżył lotów i wciąż reprezentuje światowy poziom.

Film Iñárritu z powodzeniem można odczytywać jako krytykę obsesyjnego ostatnio zapotrzebowania na filmy o superbohaterach; jako cyniczny komentarz wobec przemysłu hollywoodzkiego a także jako traktat na temat poszukiwania własnej tożsamości. Pomimo dosłowności i dwoistości całego obrazu, reżyser nie podaje odpowiedzi wprost, tylko stara się zachęcić widza do sięgnięcia po część rozwiązań samemu.