Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś kierowcą i jedziesz samochodem. Już z góry zaznaczam, że oczywiście nie piłeś alkoholu i nie brałeś narkotyków. Jedziesz zatem spokojnie po pustej i prostej autostradzie z prędkością 160 kilometrów na godzinę. Nagle wszystko co widzisz staje się nieostre. Jako kierowca momentalnie tracisz panowanie na pojazdem i nie masz szans, aby zareagować. Trzy sekundy później twoje auto rozbija się na filarze wiaduktu.

Kiedyś sprawa była prosta. Przyczyną musiał być odpływ krwi z mózgu. Dzisiaj w tego typu sprawach trzeba rozważyć jeszcze jedną możliwość. To wskaźniki laserowe. Są one niebezpieczne, bo emitowane przez nie promieniowanie jest bardzo szkodliwe dla ludzkiej siatkówki. Jeżeli skierujemy laser bezpośrednio w czyjeś oko, osoba ta nie będzie mogła zobaczyć nic, poza ostrym światłem. Dłuższa ekspozycja oka na laser może doprowadzić do trwałych wad wzroku. Jeżeli wskaźnik ma moc 1 miliwata, to uszkodzenie wzroku może nastąpić już po sekundzie. Na szczęście człowiek ma "odruch rogówkowy", dzięki któremu zamyka powiekę po 0,1 sekundy od wystąpienia silnego światła.

Wskaźnik za 5 zł uszkodzi samolot wart kilka miliardów?

Coraz częściej niektórzy ludzie bawią się w celowanie laserem do przelatujących nisko samolotów. Według statystyk linii lotniczych, w 2014 roku, w Niemczech odnotowano aż 342 przypadków tego typu skrajnej nieodpowiedzialności. W tym samym czasie, w Stanach Zjednoczonych podobnych incydentów było ponad 4000. W Polsce mówiło się o tym problemie głównie w październiku zeszłego roku, kiedy zatrzymano obywatela Japonii, który laserem oślepiał pilotów śmigłowców w Rykach. Później okazało się, że mężczyzna był chory psychicznie. Co jednak jest tak niebezpiecznego w zwykłym, domowym wskaźniku laserowym, że według polskiego prawa celowanie nim do samolotów może się skończyć 8-letnią odsiadką w więzieniu?

Będąc na ziemi i bawiąc się wskaźnikiem laserowym, widzimy zwykle, jak charakterystyczna kropka zanika w oddali. Jest to spowodowane ograniczeniami mocy lasera do 5 miliwatów, które aktualnie obowiązują. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że promieniowanie idzie dalej i tylko czeka, aż zostanie wzmocnione, by "zaatakować". Taki wzmacniaczem może być przykładowo szkło akrylowe, czyli pleksiglas. Jest to budulec, z którego tworzy się szyby, wykorzystywane w kokpitach maszyn latających. Jeżeli więc wiązka promieniowania laserowego przejdzie przez szkło akrylowe w kokpicie, piloci widzą to tak, jakby ktoś świecił im wskaźnikiem prosto w oczy. Efekt jest porównywany do mocnego światła flashowego w ciemnym pomieszczeniu.

Niewidzialny przeciwnik?

Brak katastrof związanych z laserami tłumaczy się tym, że piloci widzą jego wiązkę już wcześniej, kiedy człowiek na ziemi próbuje w nich wycelować. Mają wtedy trochę czasu na reakcję, ale każdy taki incydent, niezależnie, czy dojdzie do trafienia kokpitu, czy nie, wiąże się ze zmianą kursu i powstaniem pewnego zamętu. Co jednak, jeśli piloci nie widzieliby zagrożenia?

Na rynku coraz popularniejsze stają się lasery podczerwone. Są to wskaźniki, które emitują ta samo szkodliwe promieniowanie, ale w falach niezauważalnych dla ludzkiego oka. Jeżeli zaczniemy komuś świecić takim przyrządem w oko, osoba ta nic nie zauważy, dopóki nie zacznie jej się pogarszać wzrok. W tym przypadku nie zadziała też odruch rogówkowy, bo nie ma żadnego efektu świetlnego, żeby go wywołać. Producenci takich wskaźników reklamują się w internecie ich skutecznością na odległość aż 3000 metrów. Tego typu broń - nie bójmy się tego określenia, jest już dostępna na rynku i kosztuje ok. 400 złotych.

Źródło: "Świat Wiedzy"  #linie lotnicze