Na 6 lutego wyznaczono kolejną turę rozmów pokojowych w Astanie. Ta zakończona 25 stycznie ustaliła, że trzy rządy: w Moskwie, Ankarze i Teheranie, będą odpowiedzialne za podtrzymanie zawieszenia broni, które nie obejmuje ISIS ani organizacji związanych z Al-Kaidą. Od zakończenia rozmów faktycznie walki między Wolną Armią Syryjską a stroną rządową znacząco ucichły. Obecnie głównie toczą się na północy między siłami tureckimi, FSA z jednej strona a ISIS z drugiej (wokół Al-Bab). W tym momencie pojawiła się inicjatywa prezydenta Trumpa, określana w mediach jako „safe zone”, czyli strefa bezpieczeństwa dla cywilów Syrii i Jemenu..

Reklamy

Reklamy

„Safe zone”

Pomysł strefy bezpieczeństwa szybko stał się raczej przedmiotem gry politycznej, niż projektem, który może coś realnie zmienić. Samej idei strefy wyjętej z działań wojennych, gdzie mogliby bez obawy przebywać obywatele Syrii i Jemenu trudno nie pochwalić, przy wszystkich zastrzeżeniach. Nie jest to zresztą pierwsza tego typu inicjatywa, pojawiła się już w 2015 r. i została zaproponowana przez Ankarę.

Zastrzeżenia są wysuwane m.in. przez środowiska humanitarne, wyrażające wątpliwość czy w takich obszarach zagwarantuje się obywatelom Syrii i Jemenu realne bezpieczeństwo. Trudno jednak czekać z udzielaniem pomocy aż imigranci zdołają dotrzeć do Europy. Pomoc - co oczywiste - musi być udzielana również tam na miejscu.

Inne wątpliwości, zapewne istotniejsze, są związane z kwestią: kto tak naprawdę będzie te strefy kontrolował? Poprzednia inicjatywa ustanowienia strefy bezpieczeństwa w Syrii została utrącona przez administrację Obamy. Gdy obecnie wysuwa ją Trump - w większości mediów słychać głosy krytyki.

Reklamy

W przypadku tych liberalnych zresztą bardziej wygląda to na dość typowe krytykowanie (już od miesiąca) nowego prezydenta za każde jego posunięcie, niż sensową, rzeczową krytykę.

Turcja i Saudowie

Co kryje się za obiema propozycjami - syryjską i jemeńską - gdy wiadomo, że rozmowy w Astanie nie przyniosą rezultatów jakie zapowiadano: pokoju w Syrii? Na to, że szczyt w Astanie musi zakończyć się umiarkowanym sukcesem wpływa m.in. fakt, że podczas rozmów nie są reprezentowane wszystkie istotne strony konfliktu (np. Kudowie z Rożawy). Dodatkowo interesy Iranu, Rosji i Turcji są pomimo zapewnień na wielu poziomach zwyczajnie sprzeczne. Należy też pamiętać, że konflikty na Bliskim Wschodzie: w Iraku, Jemenie i Syrii są powiązane tak, że nawet chwilowe zakończenie jednego nie będzie trwałe, gdyż wojna mówiąc obrazowo translokuje się z jednego miejsca w regionie na inne. Rozmowy tego typu mogą co najwyżej ustalić pewien nowy etap polityczno-militarnej gry.

Obama doprowadził do wyjścia USA z Bliskiego Wschodu.

Reklamy

Trump stara się to zmienić i ponownie wprowadzić Amerykanów do rozgrywki. A skoro dziś świat jest na etapie omawiania pokoju, to jego administracja powróciła do starego pomysłu strefy bezpieczeństwa, zyskując wsparcie Turcji, która oczekiwała dającego się wesprzeć ruchu ze strony zachodu. Turcja ma wiele narzędzi nacisku na USA, jak np. użytkowanie baz tureckich przez amerykańskie lotnictwo.

W przypadku Rijadu jest to także próba powrotu do decydowania o sprawach jakby nie było ich najbliższego sąsiedztwa. Tym bardziej, że Saudowie są dalej aktywnie zaangażowani w walki w Jemenie, gdzie od lat podobnie jak w Syrii, trwa konflikt. Prezydent Trump rozmawiał telefonicznie z królem Salmanem, uzyskując jego deklaratywną, zgodę na całą inicjatywę.

Oczywiście można zastanawiać się, kto będzie sprawował polityczną i co ważniejsze militarną pieczę nad strefami w obu krajach? W przypadku Syrii rolę tę chce odgrywać Turcja, a w przypadku Jemenu właśnie Rijad.

źródło: amaliah.org

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #Jemen #Syria