Obecny tydzień należy z pewnością do francuskich socjalistów, u których właśnie trwa wybór kandydata w najbliższych wyborach na urząd prezydenta. Ewentualny kandydat ma jednak utrudnione zadanie z kilku powodów.

Opóźniony start

Pierwszy to taki, że startuje ze znacznym opóźnieniem, inni czołowi kandydaci - jak Macron, Le Pen, Fillon, mieli już sporo czasu na zaprezentowanie się, wygłoszenie licznych przemówień i udzielenie wywiadów. Społeczeństwo także miało okazję odnieść się z grubsza do ich kandydatur i je odpowiednio zaszeregować. Jak na razie więc francuski elektorat ma wybór, nie licząc oczywiście pomniejszych kandydatur, między „radykalną i niebezpieczną” Le Pen, „odnowicielem gaullizmu” Fillonem i centrowym Macronem, świeżym uciekinierem z Partii Socjalistycznej, bez silnych afiliacji ideologicznych. Teraz dołączyć ma do nich kandydat francuskiej lewicy.

Drugi powód, bezpośrednio związany zresztą z pierwszym, to oczywiście Holland, dotychczasowy prezydent. Jego prezydentura jest przez Francuzów oceniana tak fatalnie, iż sam nie zaryzykował startu. Choć oddać mu należy, że w dobrym stylu pięć lat temu pokonał nielubianego Sarkozego. Pomimo kilku dobrych decyzji w polityce międzynarodowej i przesunięcia w lewo w kwestiach społeczno-kulturowych, na pewno lepiej ocenianego przez liberałów, dziś Francuzi czują się nim bardzo zmęczeni, jak też zmęczeni ekonomicznym i politycznym brakiem bezpieczeństwa.

Między lewicą idealistyczną a rozsądną

Holland zostanie zapamiętany z racji wprowadzenia mariage pour tous. Paradoksalnie właśnie to zwycięstwo nad zachowawczym społeczeństwem mówi jak niewiele ma dziś lewica do zaoferowania społeczeństwu, poza promowaniem równości. To poczucie ideologicznej pustki, pomimo pompatycznej frazeologii, determinuje poczynania wyborców. Nie zawsze rozsądnie.

Po pierwszej turze z 22 stycznia do socjalistycznej mety ściga się jeszcze dwóch kontrkandydatów: były premier Manuel Valls oraz były minister edukacji Benoit Hamon, który w 2014 r. odszedł z rządu, gdyż ten był dla niego zbyt mało socjalistyczny. Hamon, prowadzący w wyścigu, wiele mówi o ekonomii, choć ma o niej niewielkie pojęcie, określany jest jako francuski Corbyn czy nawet Sanders, reprezentuje staro-nowy socjalizm, kurczowo łapiący się tematyki pracowniczej oraz ekologicznej, plus oczywiście proponujący dalszą obyczajową liberalizację. Na jego tle Valls prezentuje się jako umiarkowany, stanowczy i doświadczony, lecz mało ideowy.

Trudno wyrokować, na ile lewicowy skręt może przynieść zwycięstwo, a może nawet przetrwanie socjalistom. Poparcie dla legalizacji narkotyków i eutanazji, nawet jeśli uznawanych przez część społeczeństwa za oczywiste prawa, może dać jednorazowe zwycięstwo, lecz nie jest przecież programem na zmianę świata i stworzenie wyczekiwanego „nowego człowieka”. Jak na razie „nowy człowiek” nie prezentuje się zbyt okazale.

Głos katolików

Socjaliści poszukują swojej drogi i tylko punkt na horyzoncie pozostaje ten sam: obalenie systemu wyzysku. Pytanie jednak, czy właśnie w tym momencie powinni oni manifestować przywiązanie akurat do tych idei? Gdyż możliwe że i Hamon reprezentuje więcej lewicy w lewicy, lecz społeczeństwo Republiki dziś raczej maszeruje w prawo: Fillon i Le Pen posiadają łącznie przeszło 60% głosów w sondażach. Gdy wszyscy lewicowi kandydaci razem zbierają nie więcej niż 30%.

Na razie wyborami kieruje jeden paradygmat: każdy marzy, aby znaleźć się z Le Pen w drugiej turze, zakładając, że zadziała ten sam mechanizm, który dotychczas każdorazowo eliminował kandydatów Frontu Narodowego. Fillon i Valls liczą, że wyborcy ich przeciwnika zacisną zęby i zagłosują na nie-le-Pen, kimkolwiek będzie. Wiele wskazuje dziś na Fillona, który ma większe poparcie środowisk katolickich i konserwatywnych, sam wyraźnie manifestuje swoją religijność, rzecz wyjątkowa we Francji. Na pewno dziś we Francji głosy katolików znaczą więcej niż dawniej.

źródło: politico.eu

Kopiowanie i wykorzystywanie treści bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione #Francja