W tych dniach miał miejsce kolejny zjazd Instytutu Polityki Narodowej (National Policy Institute).

Nie jest to partia polityczna i nawet nie tyle stowarzyszenie co zorganizowana grupa nacisku na rzecz obrony żywotnych interesów białej większości. Powstała w 2005, pod wpływem zmian demograficznych, które trzeba określić jako początek końca narodu amerykańskiego. Stawia sobie za cel powstrzymanie napływu ludzi z zupełnie obcych kultur, których nie uda się nawet tylko zintegrować zawodowo i społecznie, nie wspominając już o wpojeniu im szacunku i przywiązania do amerykańskiej tożsamości. Następnie pozbycie się ich z kraju. W pierwszej kolejności rodzin, w których sposobem na życie stało się być recydywistą.

Za główny sposób na osiągnięcie tego zasadniczego celu założyciele tego ugrupowania uznali wpływanie na prawe, konserwatywno-narodowe skrzydło Partii Republikańskiej oraz zapewnienie mu przewagi w tejże.

Odwołują się stale do kulturowo-rasowej tożsamości spadkobierców starożytnych Greków, Rzymian i Germanów.

Cała lewicowo-liberalna prasa bije na trwogę

Zdaniem komentatorki dziennika „Washington Post” w ubiegłą sobotę na przedmieściach Waszyngtonu zebrali się jacyś straszni faszyści. Zebrali się „by uczcić zwycięstwo Donalda Trumpa i świętować to, co wielu uznało za szczęśliwy zwrot w ich walce o pozbycie się ideologii multi kulti, a następnie narzucenie państwa «czystych etnicznie» Anglosasów, tylko dla białych, w Ameryce Północnej.”

(After Trump victory, attendance rises at annual white nationalist conference in D.C., washingtonpost.com)

Czy warto demonizować ten anglojęzyczny nacjonalizm amerykański?

Jak w każdym większym ruchu politycznym, nie stawiającym sobie celów totalitarnych, tak też w grupie zwolenników Instytutu Polityki Narodowej nie brak wielu mocno różniących się osobowości. Łączą je wspólne, zasadnicze cele i niewiele więcej. Gdyby uzyskali znaczny wpływ na władzę najprawdopodobniej uzgodnią najłatwiejsze wspólne minimum.

Skierują swój kraj w utarte koleiny społeczeństwa będącego tyglem narodów (melting pot). Samo to pojęcie pochodzi od tytułu sztuki teatralnej Israela Zangwilla – asymilowanego Izraelity, filozofa, polityka. W tej sztuce ukazano jak rosyjska i żydowska rodzina łączą się w #USA w wyniku miłości żydowskiego kawalera do rosyjskiej panny. W wyniku oboje biorą ślub cywilny i stają się częścią jednokulturowego (anglosaskiego) społeczeństwa, w którym religia jest wyłącznie sprawą sumienia obywatela. Społeczeństwa białej rasy, bo Żydzi aszkenazyjscy są pod tym względem Europejczykami.

Powrót do tygla narodów byłby szczęśliwym wyjściem z obecnej sytuacji

Sztuka Melting Pot była odbiciem życia osobistego jej autora, które ułożyło się owocnie w małżeństwie z rodowitą Angielką. Żyje obecnie mnóstwo Amerykanów, Anglików, Australijczyków o żydowskich nazwiskach, nie mających już nic wspólnego z synagogą. Zostali bezpowrotnie zasymilowani.

Angloameryka (USA + Kanada) białych ludzi, w której było też miejsce dla innych, ale w ramach jednolitej kultury i cywilizacji, została zniszczona w wyniku kontrkulturowej rewolucji lat sześćdziesiątych.

Od tego czasu panuje tam chaos cywilizacyjny i brak autorytetów. Chaotyczna amerykańska potęga wojskowa uległa przewadze determinacji komunistycznych ludobójców w Indochinach, a ten fatalny dla świata schemat się powtarza. Przywrócenie naturalnej amerykańskiej tożsamości wraz ze stałymi, czytelnymi zasadami podziału reszty świata na przyjaciół, wrogów i mniejsze, przewidywalne zło wobec wielkiego narodu Jeffersona, byłoby zbawienne.

Pytanie tylko czy #Donald Trump zdobędzie się na prowadzenie wielkiej polityki narodowej czy też da się obstawić starą gwardią porażonych lewicowym liberalizmem neokonserwatystów.

Na podstawie doniesień prasowych, en.wikipedia.org oraz szczegółowej wiedzy autora o dziejach najnowszych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione #Wielka polityka