Niedawny kilkudniowy konflikt zbrojny między Armenią i Azerbejdżanem przypomniał światu o byłych postsowieckich republikach i ich wzajemnych antagonizmach i pretensjach. Zwrócił też uwagę opinii publicznej na tę część świata, w której co kilka lat dochodzi do konfliktów, których tłem są spory terytorialne, niezabliźnione wzajemne pretensje, dążenia separatystyczne czy w końcu religia. Zamrożone konflikty w tej części świata wcale nie wygasły. To, że przez kilka lat nie dawały o sobie znać nie oznacza, że sytuacja w regionie się uspokoiła, czego najlepszym dowodem jest #wojna domowa na wschodzie Ukrainy czy właśnie wspomniany konflikt między Armenią i Azerbejdżanem.

Niespokojnie w byłych republikach radzieckich

W chwili obecnej napięta sytuacja i możliwość wybuchu konfliktów mają miejsce w regionie Abchazji i Osetii Południowej (Gruzja), Naddniestrzu (Mołdawia), a także Górskim Karabachu (Armenia). Od 2014 roku walki toczą się niemal bez przerwy również we wschodniej części Ukrainy, w okolicach Doniecka i Ługańska. Konflikty te w swym interesie podsyca albo tonuje #Rosja. O ile do walk na Ukrainie świat zdążył już przywyknąć (co jakiś czas pojawiają się jedynie artykuły o obecności rosyjskich wojsk w regionie), tak kilkudniowa wojna między Armenią i Azerbejdżanem była zaskoczeniem. Obydwa kraje pozostają co prawda w konflikcie od ponad 20 lat, niemniej dotychczas udawało się zachować względną równowagę i spokój. Co prawda na granicy między obydwoma krajach dochodziło kilkukrotnie do napięć, niemniej od dwóch dekad udawało się utrzymać im zawieszenie broni. Nie wiadomo tak do końca, która ze stron odpowiada za wybuch ostatnich walk. Obie strony oskarżają się wzajemnie o prowokacje i złamanie postanowień zawartego lata temu rozejmu.

Atmosferę wrogości podsyca (popierany nieoficjalnie przez Turcję) prezydent Azerbejdżanu Elmar Mammadyrow. Zagroził on nawet, że jeśli Armenia nie wycofa swoich wojsk bez stawiania jakichkolwiek warunków, jego kraj zaatakuje Górski Karabach. Dzięki poparciu Turcji Erdogana (i kilku innych muzułmańskich krajów) Mammadyrow poczuł się mocny. Sam Erdogan zresztą publicznie oświadcza, iż prezydenta Azerbejdżanu będzie popierał do końca, czym naraża się na konkretne działania odwetowe ze strony Moskwy. Od czasu strącenia rosyjskiego samolotu, który rzekomo naruszył przestrzeń powietrzną Turcji, a przy okazji zamordowania przez tureckich bojowników pozostałego przy życiu rosyjskiego pilota, stosunki między Moskwą a Ankarą bardzo się ochłodziły. Nie sprzyja to z pewnością szybkiemu zakończeniu konfliktu między Armenią i Azerbejdżanem, popieranym odpowiednio przez Rosję i Turcję. Mówi się nawet, że obydwa kraje w regionie Górskiego Karabachu stoczyły wojnę zastępczą, sondując swoje możliwości w przypadku otwartego konfliktu między tymi krajami.

Putin, w przeciwieństwie do Erdogana, nie poparł publicznie żadnego z walczących krajów. Nieoficjalnie jednak na jego poparcie może liczyć Armenia, która co prawda nie jest częścią Rosji, ale należy do Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej i pozostaje w rosyjskiej strefie wpływów. Azerbejdżan od dawna politycznie ukierunkował się m.in. na USA i kraje Unii Europejskiej, jednakże Rosji nadal się obawia i nie może pozwolić sobie na zbyt pochopne działania, w tym militarne.

Czy Rosja ponosi winę za wszystkie konflikty w regionie?

Micheil Saakaszwili, były prezydent Gruzji, a obecnie Odeskiej Obwodowej Administracji Państwowej twierdzi, że wina za ostatni konflikt między Armenią i Azerbejdżanem leży po stronie Rosji. W jego ocenie konflikt żadnemu z tych krajów nie przyniósł jakichkolwiek korzyści, a Putinowi dał kolejne narzędzie do uprawiania twardej polityki wobec Turcji. Dodatkowo celem Putina ma być osłabienie Azerbejdżanu pod kątem ekonomicznym - kraj ten eksportuje coraz większe ilości surowców, w tym do krajów, pozostających dotychczas na surowcowym łańcuchu Rosji.

Póki co rękę na pulsie w regionie trzyma Putin i zapewne nieprędko się to zmieni.

źródło: forsal.pl #Władimir Putin