W wyścig po amerykańską prezydenturę uplasowała się czołówka: Hilary Clinton, Donald Trump i Ted Cruz. Raczej nie należy się spodziewać, że to Bernie Sanders obejmie prowadzenie w przypadku Demokratów. Clinton ma nad nim wyraźną przewagę, choć Sanders radzi sobie zaskakująco dobrze, co wywołuje wśród liberałów sporo zamieszania.

Socjalista i antyimperialistyczny pacyfista ma jednak duże poparcie w młodszym elektoracie, co jeśli trend się utrzyma, może świadczyć o tym, że Partia Demokratyczna w przyszłości skręci jeszcze bardziej w lewo, już jest mocno liberalna obyczajowo, w przyszłości może być jeszcze bardziej etatystyczna. W sytuacji, gdy młodsi Republikanie z kolei przechodzą raczej na pozycję libertarianizmu oznaczać to może koniec specyficznego konsensusu elit amerykańskich, co do pryncypiów ustrojowych. Gdy chodzi o konserwatywnych kandydatów, sprawa nie jest dalej jasna. Trump i Cruz dominują, obaj też są, w przeciwieństwie do Marco Rubio, trzeciego w peletonie, postrzegani jako outsiderzy. Należy zastanowić się, jak może wyglądać #polityka zagraniczna (nad którą prezydent #USA sprawuje największą kontrolę) w przypadku trójki liderów.

Clinton

Clinton ma największe doświadczenia z całej trójki, w latach 2008-2012 była Sekretarzem Stanu. Dlatego też o jej planach, co do polityki zagranicznej, da się najwięcej powiedzieć. Pod tym względem Clinton bardziej pasuje do Republikanów niż Demokratów, w obiegowej opinii. W rządzie Obamy uchodziła za jastrzębia, była zwolenniczką ostrego kursu w Libii, Iranie, dziś otwarcie mówi o powstrzymywaniu Rosji i Chin. Cały problem jednak w tym, że jej urzędowanie oceniane jest jako dość średnie. Nie tylko daleko jej było do Kissingera, ale również do pani Rice i nawet John Kerry kieruje urzędem sprawniej niż ona. Dodatkowo lewicowe zaplecze Clinton jest mocno pacyfistyczne. Nie ma ono jeszcze alternatywnej doktryny, ale może działać hamująco. Wprawdzie Clinton dość dobrze rozpoznaje zagrożenia, lecz może mieć poważny problem z realizacją swoich planów.

Trump i Cruz

Republikanie rzadziej mówią o sprawach zagranicznych, tak z racji zainteresowań, jak i braku doświadczenia. Na GOP ciąży też odium neokonserwatyzmu: każdy prawicowy polityk w Stanach, który zapowiada aktywniejszą politykę zagraniczną, jest nim atakowany. W przeciwieństwie do Rubio, prezentującego Reaganowską ortodoksję, w wątku zagranicznym Cruz i Trump zdają się bardziej ostrożni.

Trump określany jest często jako izolacjonista i protekcjonista, wyrażający nieufność względem wszelkich sojuszy. To wizja silnego kraju, działającego tylko w swoim interesie. Trump mówi o wycofaniu się z wielu obszarów dotychczasowej aktywności Ameryki, lecz z gotowością do ponownej interwencji, bez jednak długoletniego angażowania się. To polityka, którą można by określić jako narodowy egoizm.

Cruz w przeciwieństwie do niego posiada kilka stałych punktów, to m.in. wsparcie dla Izraela, walka z ISIS. Przy tym, że Cruz, podobnie do Obamy, poszukiwać będzie aliantów (Turcja, Egipt), zamiast posyłać siły USA. Obaj, Trump i Cruz, są jednak gotowi, w imię Realpolitik, współpracować z niedemokratycznymi siłami, jeśli pozwoli to pokonywać gorszych przeciwników. Obaj więc mogą oznaczać wycofanie się z pierwszego planu; Cruz jednak bardziej działanie poprzez inne państwa i ich wzmacnianie. Obaj też wskazują na problem Chin, choć Trump skupia się na ekonomi, Cruz jest bardziej militarystą, mówiącym o potrzebie dozbrajania armii.

Bez rewolucji

Przy Trumpie Clinton i Cruz zdają się nie oznaczać radykalnej zmiany. Clinton zapewne będzie kontynuować politykę Obamy, z może bardziej stanowczą retoryką. Cruz pragnie większej samodzielności Stanów Zjednoczonych, bez zrywania sojuszy, wskazuje też te same co Clinton zagadnienia (ISIS, Chiny, potem Rosja). Clinton i Cruz podkreślają też moralny wymiar prezydentury, w przypadku Clinton jest to kwestii raczej prawa kobiet, w przypadku Cruza zagrożenie chrześcijan w świecie.

źródło: nationalinterest.org