Państwa Ameryki Południowej przeżywają cykliczne wstrząsy. Dziś przyszedł czas na największe z nich, a zarazem jedno z największych państw świata – Brazylię

Rozmowa Dilmy Rousseff z byłym prezydentem Luizem Lulą da Silva

Gorąco zrobiło się po ujawnieniu rozmowy telefonicznej prezydent Dilmy Rousseff z byłym prezydentem Luizem Lulą da Silva. Rousseff obiecała w niej Luli stanowisko ministra stanu oraz szefa kancelarii prezydenta. Wszystko po to, by zapewnić mu niekaralność w toczącym się przeciw niemu procesie. Krótko przed ujawnieniem kompromitującej rozmowy, Rousseff zapowiedziała: „Udział Luli umocni mój rząd”. Rousseff uwikłana jest w #skandal korupcyjny w firmie Petrobas, w parlamencie uruchomiona została procedura impeachmentu.

W całej Brazylii wybuchają masowe protesty.

W Sao Paulo, gospodarczym centrum kraju, na jednym z głównych budynków wywieszono transparent z napisem „Impeachment natychmiast”. Na ulice wyszły miliony.

Okoliczności i bezpośrednie konsekwencje rozmowy Rousseff z Lulą zostały szczegółowo przedstawione przez media i są powszechnie znane. Przypomnimy te, które mają znaczenie dla szerszej rozgrywki politycznej, jaka zdaje się już mieć miejsce.

Powracają hasła rewolucyjne z minionych lat

Tak Rousseff, jak i Lula są politykami brazylijskiej Partii Pracujących. Rousseff jest сórką działacza Bułgarskiej Partii Komunistycznej Petyra Rusewa (zmienił nazwisko na Pedro Rousseff). Należała do młodzieżówki Socjalistycznej Partii Brazylii, później do lewackich Oddziałów Wyzwolenia Narodowego, prowadzących walką zbrojną metodami miejskiej partyzantki.

Określający się mianem rosyjskiego Portugalczyka politolog i działacz lewicowy Wadim Biezobrazow zwraca się do Dilmy Rousseff z wyrazami poparcia i wzywa do przykładnego rozprawienie się z opozycją sterowaną przez agentów wpływu USA. Apeluje o poparcie Rosji i pisze „petycje do instancji”. Przekonuje, że Brazylia to najważniejszy (sic!) partner Rosji w BRICS, jednak jest bez szans na konfrontację Rosji z USA.

Możliwy pełzający zamach stanu, możliwe wszystko

Sytuacja wyszła poza ramy skandalu, w kraju postępuje chaos nieznany tu od dziesiątek lat, powoli zaczyna rysować się obraz pełzającego zamachu stanu.

Lider opozycyjnej centroprawicowej Socjaldemokratycznej Partii Brazylii PSDB Silvio Torres zarzuca władzom, że mianowanie Luli to łamanie prawa i że jest narzędziem walki z demokracją. W odpowiedzi prezydent Rousseff zagroziła, że podjęte zostaną środki „sądowe i administracyjne”, które zlikwidują „naruszenia prawa i Konstytucji, popełnione przez sędziego” Moro. Na celowniku Rousseff znalazły się Trybunał Federalny i Sąd Najwyższy.

Nie tylko rząd, także aparat sprawiedliwości zdaje się balansować na granicy prawa. Zasadność szeregu decyzji sędziego Moro jest publicznie kwestionowana. Zdaniem wielu zarzuty przeciw Luli szyte są grubymi nićmi. Obecny stan klinczu przypomina z grubsza wstępną fazę kryzysu w Chile z początków lat siedemdziesiątych. 

Amerykanie, nauczeni tamtą lekcją, próbują reagować przed czasem i wspierają siły opozycji, a liderzy lewicy twierdzą, że ich zaangażowanie przechodzi w skrytą interwencję. W obozie Rousseff słychać nawoływania do uśmierzenia niepokojów siłą. Odżywają rewolucyjne ciągotki z dawnych lat do oparcia się o siłę i zaprowadzenia lewicowej dyktatury.

Lewica słabnie. Brak jej poważnego wsparcia zza granicy, a przeciw staczającej się w dyktaturę władzy buntuje się większość społeczeństwa. Już 68% Brazylijczyków jest za impeachmentem, a wspomniany wyżej Biezobrazow uważa, że gdyby zamieszki objęły fawele, los rządu mógłby być przesądzony. 

Jednak to w rękach władz pozostają instrumenty siłowe, po które w tej części świata sięga się lekką ręką. Niewiadomą jest także postawa armii. Edward Luttwak w książce „#zamach stanu: Praktyczny poradnik” dowodzi, że dyktaturze wystarczy około 10% poparcia.

Niewykluczona staje się wojna domowa, w której nie wiadomo, kto z kim będzie walczył i kto zwycięży. Czarne chmury zawisły nad Brazylią.

źródło: france24.com