W piątek 6 listopada dziennikarze CNN potwierdzili, że władze rosyjskie zwróciły się do rządu USA z prośbą o wsparcie w analizie dowodów po katastrofie samolotu rosyjskich linii lotniczych na Półwyspie Synajskim

Prośba rządu rosyjskiego o tyle dziwi, że dotychczasowa tradycja rosyjskiego postępowania w tego typu sytuacjach to zupełnie inne zachowania. Rosjanie zazwyczaj nie tylko nie wnioskują o żadną pomoc, lecz nawet deklaracje takiej pomocy (szczególnie ze strony Waszyngtonu) przyjmują z dużą niechęcią. 

Dystans Kremla

Odkładając na bok kwestię tego, co faktycznie zaszło, trzeba wytłumaczyć kryjącą się za sprawą politykę. Śmierć rosyjskich obywateli z ręki islamskich terrorystów, powiązanych z Państwem Islamskim, w świetle interwencji rosyjskiej w Syrii - oficjalnie skierowanej przeciw dżihadystom, jest jak najbardziej sprawą polityczną. Szybka reakcja Kremla, który zaprzeczył temu, że wypadek mógł być zamachem terrorystycznym, zastanawia. Nawet ujawniane później, głównie przez brytyjskie media, dowody i hipotezy, nie spowodowały zasadniczej zmiany postawy Moskwy. 

Stanowisko prezydenta as-Sisiego i rządu egipskiego jest zgodne z rosyjskim, co jest w kontekście egipskiej ekonomii - opartej na turystyce, zrozumiałe. Egipt nie może sobie pozwolić na spadek liczby turystów, szczególnie w bardzo popularnym kurorcie nad Morzem Czerwonym. David Cameron we wtorek 3 listopada zaapelował do prezydenta Egiptu o to, aby swoim działaniem i wypowiedziami nie wpływał na wynik śledztwa - czyli aby nie wykluczał zamachu terrorystycznego. Egipt działa tutaj zarazem jako sprzymierzeniec Rosji, jak i w swoim interesie. 

Wprawdzie w czwartek (5 listopada) Moskwa i Kair ponownie we wspólnym oświadczeniu przyjęły, że w przypadku katastrofy Metrojet Flight 7K9268 powinno mówić się o wypadku, a nie zamachu, lecz oba rządy nie wykluczyły dalszych badań. Obecnie w Egipcie przebywają śledczy z kilku krajów, w tym Rosji, Stanów Zjednoczonych, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Ayman al-Muqaddam, przewodniczący rządowej komisji działającej w Kairze celem wyjaśnienia przyczyn katastrofy, w swoich oficjalnych wystąpieniach potwierdził, że do rozpadu samolotu doszło w powietrzu, choć na razie przyjmuje się, że źródłem tego zdarzenia nie była bomba. 

Wina Kremla?

Postawa Egiptu jest więc dość zrozumiała. Zresztą nie leży w interesie Kairu ogłaszanie czegokolwiek stanowczo, gdyż z wymiany zdań między stolicami Rosji i Wielkiej Brytanii w poprzednim tygodniu wyraźnie widać, że może być to odczytane jako zajęcie stanowiska w toczącym się sporze politycznym. Pytaniem nie jest to, czy miał miejsce zamach czy zwykły wypadek, ale dlaczego Kreml woli, aby za katastrofę nie okazali się odpowiedzialni dżihadyści? Wydaje się przecież, że w takim przypadku Kreml bardzo łatwo mógłby nadać katastrofie określoną narrację.

Czy śmierć rosyjskich obywateli nie potwierdza słuszności zaangażowania się Moskwy w walkę z Państwem Islamskim? A może jest inaczej. To Kreml może mieć poważne problemy z przełamaniem innej, przeciwnej narracji, która będzie postrzegać rząd Putina jako co najmniej współodpowiedzialny za śmierć pasażerów rosyjskiego samolotu. Widać, że Moskwa nie była przygotowana na wydarzenie tego typu i przyjęła najwygodniejszą dla siebie opcję - wypadek. Teraz jednak pod względem wizerunkowym Kreml napotyka kolejne upokorzenia (w perspektywie rosyjskiej). To rządy zagraniczne zdają się obecnie bardziej zainteresowane losem rosyjskich obywateli niż Moskwa. W piątek #Rosja zawiesiła loty do Egiptu, tym samym pośrednio przyznając, że powód katastrofy był bardziej skomplikowany niż dotychczas zakładano. 

Polityka wokół katastrofy

Rosja może jednak starać się wykorzystać katastrofę politycznie, z pożytkiem dla siebie. Rosja to przecież "ofiara". Kremlowi zależy na zmianie swojego położenia - z agresora (sprawa Ukrainy), ponownie na pozycję kraju zaangażowanego w budowę ładu na świecie. Synajska #katastrofa może stać się początkiem zmiany politycznych trendów. 

źródła: wsj.com