Każdy może mieć własny sen. Miał go Martin Luther King, Czesław Niemen oraz pokolenia Amerykanów. Obecnie śnić chcą także Chińczycy, a przede wszystkim ich prezydent, Xi Jinping. Od początku swojej kadencji, czyli od końca 2012 roku motyw chińskiego snu powraca w oficjalnych wystąpieniach.

Star Trek i prezydent

Chiński sen (w oryginale: 中国梦 czyli zhonggou meng) to koncepcja, która jak to zwykle bywa z tymi pochodzącymi z Państwa Środka, brzmi jednocześnie bardzo poważnie i poetycko. Pojawiają się także nawiązania do wszechobecnej w Chinach numerologii. Kraj ma czekać nadejścia dwóch "setek", pierwszej w 2021 roku sto lat po założeniu Chińskiej Partii Komunistycznej, drugiej w 2049 w równie okrągłą rocznicę założenia Republiki Ludowej. W pierwszym przypadku społeczeństwo ma zakończyć część transformacji, by stać się średnio zamożne, w drugim #Chiny zakładają osiągnięcie poziomu kraju rozwiniętego. Xi Jinping według popierających go analityków ma wszelkie kwalifikacje, żeby wytyczać tak śmiałe cele, w końcu nawet na własne oczy doświadczył amerykańskiego snu, gdy przed 30 laty przez podczas wymiany międzynarodowej poznawał rolnictwo w mieście Muscatine w stanie Iowa. Miał wówczas 32 lata, mieszkał m.in. przez dwa dni u państwa Dvorchak. Przyszły prezydent podobno jadł jajka łyżeczką, ponieważ jego gospodarze zapomnieli o pałeczkach, nocował w pokoju ich synów pełnym postaci z serialu Star Trek wiszących na ścianach i cały czas spędzał na zwiedzaniu okolicznych pól. I choć w 1985 roku możliwości nawiązania równorzędnego partnerstwa z #USA na polu gospodarczym były dla Chin równie odległe co przyszłość rodem z filmów s-f, to młody Xi z pewnością już wtedy śnił po swojemu. Na kilka miesięcy przed objęciem najważniejszego urzędu w państwie Xi odwiedził Dvorchaków podczas wizyty w USA. Dwadzieścia osiem lat później bohaterowie Star Treka wciąż spoglądali na swojego dawnego znajomego ze ścian.

Dziś chiński sen zaczyna symbolizować coś więcej niż tylko pragnienie ożywienia gospodarki. Pekin konsekwentnie dąży do denerwowania swoich sąsiadów poprzez zakusy na kolejne przestrzenie morza Południowochińskiego. Destabilizacja podsycana jest regularnie na każdym polu od platform wiertniczych przez okręty straży przybrzeżnej aż po przestworza, w których roi się od chińskich myśliwców. Niecały rok po objęciu władzy (w listopadzie 2013 roku) prezydent Xi ogłosił utworzenie tzw. ADIZ, czyli strefy bezpieczeństwa lotów naruszającej istniejące już strefy japońską i koreańską, kilka miesięcy później (począwszy od maja 2014) rozpoczął zabawę w kotka i myszkę z Wietnamczykami przy pomocy nowoczesnej platformy numer 981. Chiński sen anno domini 2015 nie przypomina już jedynie kolejnych obietnic o tym, że na setną rocznicę powstania Partii zapanuje dobrobyt. Dziś ta sama Partia dąży do militarnych incydentów, a być może nawet do otwartego konfliktu.

Różne wizje przyszłości

Władimir Putin w ostatnim wywiadzie udzielonym włoskiemu "Corriere della sera" przyznał, że jedynie ktoś chory na umyśle może uważać, że Rosja zaatakuje NATO. Świat chciałby wierzyć w te zapewnienia, bo przecież rzeczywistość z udziałem Rosji wygląda na bardziej niestabilną. W Azji odpowiednikiem Rosji stają się coraz bardziej właśnie Chiny, a lokalną Ukrainą z zagarnianym Krymem, Donbasem i kolejnymi ogniskami walk z separatystami są Wietnam i Filipiny. Powód niezgody to wspominany teren morza Południowochińskiego, a w szczególności archipelagi o obco brzmiących dla nas nazwach: Spratly i Paracele. Wśród setek mniejszych i większych wysp o znikomym znaczeniu strategicznym i równie niewielkim znaczeniu ekonomicznym w najlepsze trwa budowanie kolejnych. Tym razem to wyspy sztuczne, usypywane przez chińskie pogłębiarki przy pomocy kolejnych partii piasku. Jeżeli okoliczny jest zbyt miałki, wówczas dowozi się odpowiednie transporty surowca z kontynentu. Budowa trwa nieprzerwanie nawet w weekendy i jest prowadzona na skalę, którą Amerykanie zaczynają nazywać taśmową. W ciągu ostatnich 12 miesięcy według danych Waszyngtonu, Chińczycy powiększyli powierzchnię sztucznych wysp na terenie archipelagu Spratly aż czterokrotnie z 2 do 8 km kwadratowych.

Nikt na taką skalę nie prowadził prac skupionych na tworzeniu sztucznego lądu. USA coraz silniej nalegają na Chiny, by skończyły ze swoimi praktykami. Jednak droga do wyjaśnienia sporów na dalekim morzu pozostaje wciąż długa i kręta.