Od kilkunastu miesięcy Chińczycy mozolnie budują sztuczne wyspy na terenie morza Południowochińskiego. Sąsiednie państwa stawiają opór tej praktyce, składają na Pekin skargi na międzynarodowym forum, jednak protesty jeszcze na nic się nie zdały. Chińscy inżynierowie robią co chcą, wypełniając wolę przywódców, których celem jest rozbudowa zasięgu rodzimej armii.

Taśmowa produkcja lądu

Można by się zastanawiać po co budować sztuczne wyspy, jeżeli ma się do dyspozycji setki już istniejących, jednak chiński plan zakłada poszerzenie zasięgu swojej armii. Owoczesne samoloty wymagają pasów startowych o określonych parametrach, a nie każdy teren spornych archipelagów byłby w stanie pomieścić trzykilometrowe lądowisko wraz z wojskowym portem. Ludzie sprowadzeni do bazy oddalonej o setki kilometrów od kontynentu wymagają także odpowiedniego zaplecza ze szkołami, przedszkolami, bankami oraz fryzjerami włącznie. Śniąc o potędze łatwiej jest wyspę zbudować niż zaadaptować okoliczny kawałek wystającej znad morza skały.

Bezskuteczne protesty

Międzynarodowe prawo nie pozwala na budowlaną samowolę, jednak Pekin nie przejmuje się protestami płynącymi z Hanoi i Manili. Sprawy podnoszone są na forum ONZ-towskim, jednak przedstawiciele chińskich resortów jak mantrę powtarzają te same słowa o dobrej woli, poprawie warunków lokalnej społeczności i lepszym bezpieczeństwie ewentualnych rozbitków. Wszak sporny akwen jest szlakiem tranzytowym dla blisko 1/3 towarów przewożonych na świecie drogą morską. Ostatnie tygodnie przyniosły nowe dla sprawy stanowisko Stanów Zjednoczonych, które wreszcie po ponad roku przebąkiwania mglistych zapewnień o wspieraniu swoich sojuszników z Azji Południowo-wschodniej zaczęły przywoływać #Chiny do porządku. Jak na razie nie wynika z tego nic, ale pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem zaczyna się gotować. #USA