Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła, że Liberia jest już krajem wolnym od eboli. Ten śmiercionośny wirus spowodował śmierć ponad jedenastu tysięcy ludzi w całym regionie. Ostatni potwierdzony zgon na skutek zarażenia ebolą zanotowano w Liberii 27 marca, a więc sześć tygodni temu. Uznano to za odpowiednio długi czas spokoju, który pozwala stwierdzić, że niebezpieczeństwo związane z chorobą zostało w Liberii zażegnane.

Takim statusem nie mogą się jeszcze pochwalić Sierra Leone i Gwinea. Oprócz Liberii, te dwa kraje najbardziej ucierpiały na skutek epidemii. Do maja tego roku, w Sierra Leone odnotowano prawie cztery tysiące śmiertelnych przypadków eboli, natomiast w Gwinei było prawie dwa i pół tysiąca ofiar. Trzeba jednak pamiętać, że prowadzenie statystyk w krajach #Afrykańskich było bardzo utrudnione. Rodziny często nie zgłaszały przypadków choroby w swoim domu, ponieważ oznaczało to dla nich bezwzględną kwarantannę. Wiele osób chowało zakażone ciała swoich bliskich w tajemnicy. Właśnie dlatego Światowa Organizacja Zdrowia przyznaje, że oficjalne liczby są najpewniej zaniżone w stosunku do rzeczywistości.

Liberia, którą WHO "uwolniło" od eboli, zanotowała największą liczbę potwierdzonych ofiar wirusa #ebola - prawie pięć tysięcy. Z tego powodu najnowsze oświadczenie jest powodem do ogólnonarodowej radości. Prezydent kraju, Ellen Johnson Sirleaf, zapowiedziała, że spotka się z obywatelami, aby świętować i dziękować wszystkim, którzy pomogli krajowi przebrnąć przez ten trudny okres.

Również Europa nie uchroniła się przed śmiertelną chorobą.  Hiszpański misjonarz Miguel Pajares był pierwszą zarażoną osobą, która została przetransportowana na obszar naszego kontynentu. Pajares został przewieziony do szpitala w Madrycie, gdzie mógł otrzymać lepszą opiekę medyczną niż ta dostępna w krajach afrykańskich. Mimo usilnych starań lekarzy, misjonarz zmarł kilka dni później.

Wybuch epidemii eboli nastąpił w marcu 2014 roku. Była to najbardziej śmiercionośna fala choroby od czasów jej odkrycia.