Język polski to drugi najpopularniejszy język w Wielkiej Brytanii. Naszą ojczystą mowę słychać wszędzie - w biurach w City, w restauracjach w Bristolu czy na farmach w Walii. Polacy świetnie asymilują się ze swoimi brytyjskimi sąsiadami, ale nie zapominają rodzimego języka. Jednak coś tak oczywistego, jak rozmowa z rodakiem we własnym języku, może sprowadzić na nas kłopoty. Przekonała się o tym Magdalena Konieczna.

English only!

Historię 35-letniej Polki opisują dziennikarze "Polish Express", którzy od dawna śledzą losy rodaków, dyskryminowanych za używanie języka polskiego. Pani Magda mieszka w Fraserburgh w Szkocji. To 12 tysięczne miasteczko jest europejskim centrum połowu skorupiaków. W przetwórniach pracę znalazło wielu Polaków, w tym właśnie Magdalena Konieczna. Polka była pracownikiem biurowym w formie Whitelink Seafoods.

Niestety, mimo że w firmie pracuje wielu przyjezdnych z innych państw, głównie z Polski, jej władze wprowadziły dyskryminujące obcokrajowców zasady pracy. W imigrantów uderzył nakaz rozmów po angielsku. Jednocześnie zakazano posługiwania się innymi językami, w tym polskim. Pani Magdalena została przyłapana na rozmowie z koleżanką. Problem w tym, że kobiety rozmawiały po polsku, łąmiąc tym samym zakaz. Konieczna została natychmiastowo wyrzucona z pracy.

Walka z dyskryminacją

Imigrantka z Polski postanowiła walczyć o swoje prawa i podała do sądu byłego pracodawcę. Konieczna uznała, że zasady wprowadzone przez firmę Whitelink łamią prawo, zabraniające dyskryminacji. "Zwolniono mnie niesprawiedliwie" - powiedziała Polka.

Argumenty te nie przekonały strony przeciwnej. W trakcie procesu przed Trybunałem Pracy w Aberdeen Andrew Sutherland, dyrektor firmy w której zatrudniona była Konieczna, zapewniał, że wprowadzone zmiany miały na celu zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom. "Wprowadziliśmy zmiany, by upewnić się, że podczas pakowania ryb załoga posługuje się językiem angielskim tak często, jak to tylko możliwe" - stwierdził Sutherland.

Jego słowa nie przekonały sędziego, który stanął po stronie poszkodowanej. "Jakby Pan się poczuł, gdyby wyjechał Pan za granicę do pracy i zakazano Panu mówienia w ojczystym języku?" - pytał sędzia. Na nic to się jednak nie zdało. Sutherland twardo trzymał się swojej wersji zdarzeń. Jednocześnie obraził Polaków, mówiąc, że zwolniona "powinna była nauczyć się języka nowożytnego, zanim wyjechała do obcego kraju".

Proces trwa. Sprawa zostanie rozstrzygnięta po zeznaniach kolejnych świadków. #Wyspy Brytyjskie #emigracje