1 października 1949 roku na placu Tien-An-men, Mao-Tse-tung proklamował powstanie Chińskiej Republiki Ludowej. Siedemnaście lat później (dokładnie 1.10.1966 roku), stałem na trybunie, tuż obok wejścia do "Zakazanego Miasta", przeznaczonej dla obcokrajowców, w oczekiwaniu na wielki spektakl - manifestację miłości, oddania i wdzięczności narodu chińskiego, swojemu Wielkiemu Wodzowi. Od kilku dni na Tienmenie (dla odróżnienia od samego placu, tak nazywaliśmy kilkudziesięciu kilometrową autostradę z lotniska, w połowie której znajdował się właśnie Plac Niebiańskiego Spokoju), gromadziły się miliony "manifestantów".

Wielkie komunistyczne show

Wydawało się, że będzie to przedstawienie w stylu pochodu 1-majowego na Placu Czerwonym w Moskwie. Z małą różnicą, Plac Czerwony przy Tien-An-menie, wyglądał jak ogródek piwny na rynku Starego Miasta. O 10-tej ruszyli, stu kilkudziesięcioosobowe szeregi, jeden za drugim zaczęły kroczyć przez plac. Byli robotnicy i górnicy, marynarze i stolarze, piechotą i na rowerach, na samochodach i przyczepach, karnie równiutko, szereg za szeregiem.Wozy alegoryczne przedstawiały różne koleje walki towarzysza Mao z Czang-Kai-szekiem, z japońskimi okupantami, osiągnięcia kultury komunistycznego państwa. Setki tysięcy flag powiewało nad głowami sunącego tłumu, który w marszu recytował Czerwoną Książeczkę, głośniki rżnęły ogłuszające rewolucyjne pieśni, a co chwilę sunące posągi Wielkiego Przywódcy sięgały czasem trzeciego piętra. Ryk milionów gardeł "Mao-Tsu-si Wan-Sue, Sue, Wan-wan-sue" , co znaczyło mniej więcej "Mao niech nam żyje, niech żyje nam", pozostał mi w pamięci do dzisiaj. Woodstok nie zakwalifikowałby się nawet do ćwierćfinału. I tak szli i szli i szli…

I nagle, gdy wszyscy byli już głodni…

Po pięciu godzinach ktoś z gospodarzy zakomunikował, że głodni mogą zejść na dół, za trybuny, gdzie będzie "czi-fan", czyli jedzonko. Trybuny opustoszały w mgnieniu oka. Na trybunie zostało nas niewielu i wtedy stał się cud, Mao stojący pośród swoich partyjnych towarzyszy Czou-En-laja, Czen-I, Czen-Po-ta i reszty, nazwanej potem "Bandą Czworga", ruszył ku trybunie dla obcokrajowców. Z charakterystycznie uniesioną ręką, kroczył godnie w moim kierunku. Obydwie trybuny, partyjną i naszą dzieliło może 5 albo 6 metrów. Staliśmy naprzeciw siebie pozdrawiając się serdecznie, towarzysz Mao i ja… Te dwie lub trzy sekundy, gdy wpatrywałem się w szkliste oczy Przewodniczącego należały tylko do mnie i przez długi czas budziły uczucie zazdrości znajomych. Korpus dyplomatyczny galopem zaczął wracać na swoje miejsca, niestety towarzysz Mao z charakterystycznie uniesioną ręką już wracał do swoich.

Wysoko podniesiona ręka Mao

Zastanowiła mnie ta podniesiona ręka. Poszedłem tam, gdzie wchodzić nie było wolno i z samej góry zobaczyłem metrowej wysokości wybieg, po którym towarzysz Mao "się poruszał". Poniżej, niewidocznych dla otoczenia, stało kilku żołnierzy i 2 pielęgniarki. To oni pomagali poruszać się swojemu Słoneczku trzymając go za biodra, łokieć i wysoko, charakterystycznie uniesioną rękę…

Zdjęcie

Kilka lat później, w innej części świata, zobaczyłem zdjęcie, którego zobaczyć nie miałem prawa. Podkłady kolejowe, na nich szyny biegnące lekkim skosem prosto w nurt Jang-tse. Na torach laweta na kołach, z solidnym fotelem wyposażonym w odpowiednią uprząż. W tle coś, co mogło przypominać akwalungi. Zdjęcia pokazała mi osoba, która była córką szyfranta w jednej z ambasad. Tajemnica została zdradzona, ale kto w wieku kilkunastu lat przejmowałby się taką drobnostką. No i prawda wyszła na jaw, zdjęcie Mao nie było fotomontażem chińskiej propagandy. On rzeczywiście płynął w Jangtsekiangu, z charakterystycznie uniesioną ręką…

Zobacz >>> Prawie stuletnie jajka wielkanocne
#polityka zagraniczna