Znajomi mówili, nigdy nie mów nigdy, to twoje miasto. Ale było to zwykłe pieprzenie. Jakie „moje miasto”? Przecież ja się tu nawet nie urodziłem. Co mogą wiedzieć na temat opuszczania ojczyzny ludzie, którzy nigdy tego nie zrobili, a naczytali się wiadomości z gazet i myślą, że połknęli świat wypijając łyk śniadaniowej kawy.

Kiedy zostajesz dobrowolnie emigrantem, to wiesz już, że to nieodwracalne. W trakcie transfuzji krwi można chcieć ją przerwać, odzyskać krew, cofnąć proces - ale nie da się. Tak samo jest z emigracją. Kiedy uciekasz skądś raz – będziesz uciekać już zawsze.

Dzisiaj mija siedem lat, odkąd wyjechałem.

Siedem lat, odkąd jestem uciekinierem.

Do Polski wróciłem w maju tego roku

Na długie wakacje. Na odwyk od codzienności i życia. Uciekłem od depresji z depresją. Gdzieś po drodze, na wyjeździe, popełniłem jeden, podstawowy błąd – straciłem czujność. Poszedłem z prądem, a nie jak zwykle – pod prąd. Pozwoliłem ludziom z marzeniami wielkości pudełka od zapałek uwierzyć, że moje marzenia też powinny mieć takie rozmiary, że powinny dać się zaszufladkować, wepchnąć w puszkę Coca Coli. Zalaminować.

Nie winię tych ludzi. Winię siebie samego. Pozwoliłem się ustrzelić, upolować. Dzisiaj, kiedy chcesz być wśród obłoków, przyjdą mali obywatele i będą do ciebie strzelać, abyś zniżył cię do ich poziomu, ryjem orał jak oni w gruncie, żarł błoto. Godzić się na wszystko, zostać jednorożcem uwięzionym w ZOO, do którego w nocy zakradać się będą jeszcze mniejsi obywatele, chcący zetrzeć na proszek twój róg i opylić go na czarnym rynku.

Zjadacze cudzych pragnień. Rzeźnicy marzeń. Dobermany szarości. Spuszczone ze smyczy, bezpańskie, niechciane, bez zarysu planu na życie, zazdrosne. Ja sam uwierzyłem w szepty wypowiadane do ucha, że nie powinno się chcieć więcej, że po co, że przecież wszyscy tak pracują, że nie zasługuję na lepszą pracę, zarobki, związek, mieszkanie, że wszystko musi się toczyć właśnie w taki sposób.

Nic nie dzieje się w życiu ot tak, wszystko ma przyczynę i skutek. Wracając nie spodziewałem się powitalnych kwiatów ani fanfar. Kiedy mój pierwszy tekst po latach milczenia ujrzał światło dziennie i przeczytało go 80 tysięcy osób, wiedziałem już, że nie będzie powitania, gratulacji i ofert pracy, bo oto nagle z niebytu wróciła konkurencja.

Kiedy lata temu prowadziłem bloga

Wówczas redaktorzy pism sami pisali do mnie i oferowali pracę. Już w 2009 liczyły się wyświetlenia. Rozseksualizowany i roztańczony klubowo Fetysz, interesujący się modą, robiący wywiady z największymi nazwiskami na scenie klubowej i modowej, był magnesem na publiczność.

Tak zwerbowano mnie do VICE (gdzie do dzisiaj komentuje się moje teksty) i jednego z najpoczytniejszych magazynów w kraju dla młodych kobiet.

Ówczesna redaktor naczelna tego miesięcznika, której nadal jestem wdzięczny za zaufanie i wiarę w moje możliwości, zleciła mi napisanie tekstu o nowych, męskich twarzach w światowym modelingu. Rozmawiałem wówczas z Joshem Beech’em i Basitanem Ninaber’em. Obaj byli gwiazdami. Pierwszy reklamował wszystkie większe marki od Levi’sa po Moschino, a drugi był twarzą samego Diora.

Po ukazaniu się artykułu rolę naczelnej przejęła inna kobieta, która do dzisiaj piastuje to stanowisko. Pamiętam, że na blogu opublikowałem wtedy notatkę o artykule, zamieściłem okładkę i obwieściłem, że udało mi się osiągnąć sukces. A na tamte czasy był to sukces przede wszystkim finansowy. Zainkasowałem bowiem prawie półtora tysiąca za jeden tekst. Ktoś napisał - jak mogę pisać do tak mainstreamowego magazynu, przecież rozmieniam się na drobne. Odpowiedziałem, że nieważne jest dla mnie, czy magazyn jest popularny czy nie i że nie obchodzi mnie dla kogo jest przeznaczony, dopóki chce mnie publikować i póki ja mogę realizować swoje pasje.

Po świetnych recenzjach postanowiłem iść za ciosem

Napisałem do nowej naczelnej i zapytałem, czy byłaby szansa na dalszą współpracę. Jakże zdziwiony byłem, kiedy otrzymałem odpowiedź zwrotną. Zaleciało wiejskim nawozem, burakiem, cebulą, kompletnym brakiem szacunku i profesjonalizmu. Szanowna naczelna bowiem postanowiła zrobić rozeznanie i przejrzała mi bloga. Wyciągnęła słowa z kontekstu i otrzymałem od niej takiego oto maila (tekst oryginalny):

„Obawiam się, że był to Pana pierwszy i ostatni tekst dla ……………. współpraca z "tak popularnym magazynem, jakikolwiek by on nie był" nie jest wartościowa dla Pana, a tym bardziej dla nas. Sugeruję, żeby poszukał Pan może czegoś co jest "wyższych lotów". Proszę mnie więcej nie niepokoić”.

Zawsze sądziłem, że maila rozpoczyna się od zwrotów grzecznościowych takich jak „Dzień Dobry”, „Szanowny Panie” albo chociaż od „Ch*** Ci w dupę”. W Polsce jednak kultura nie wszystkich obowiązuje. Literatka nadal pełni stanowisko naczelnej i podejrzewam, że nadal nie potrafi pisać maili, tak jak zresztą cała reszta tego kraju w 2017 roku, kiedy e-mail na świecie jest podstawą komunikacji. Ale po kolei…

Wysłałem CV do WSZYSTKICH portali, magazynów i gazet

Z wyświetleniami sięgającymi prawie stu tysięcy - uznałem, że mam szansę. Oczywiście wziąłem pod uwagę odmowy, bo w końcu nie jestem kondomem w rozmiarze uniwersalnym i nie na każdego pasuję. Jeden mail, dwa, trzy, cztery, dziesięć później – zero odzewu.

W tym samym czasie postanowiłem poszukać ponownie stałej pracy w Londynie (ile można mieć depresję i pracować jako freelancer). Depresję się wycisza, uczy z nią żyć i rusza się back to life, back to reality, a nie Amy Winehouse i back to black. Do grobu, na cmentarz, jeszcze mi nie śpieszno.

Na dziesięć maili, odpowiedź dostałem na dziesięć. W ciągu tygodnia. A kiedy ktoś umówił się ze mną na rozmowę o pracę i telefon czy Skype na 12 w południe, to w momencie kiedy zegar wskazywał 12 – mój telefon dzwonił. Nazywa się to szacunek i profesjonalizm, którego w Polsce nie ma. Umówiony na rozmowę z jedną naczelną czekałem pod telefonem półtorej godziny. Nigdy nie zadzwoniła. Na maila też nie odpowiedziała. Jest tak zajęta. Inny naczelny podał numer telefonu i nick na Skype, ale nie znalazł czasu do dzisiaj, aby jedno bądź drugie odebrać. Nie umarł, widziałem go wczoraj w telewizji i miał się świetnie, a telefon dzwonił mu w dłoni. Może to nawet ja dzwoniłem, bo program nie był na żywo.

Kilka dni temu postanowiłem wysłać kolejną serię maili. CV, list motywacyjny, dziesięć tekstów dobranych pod rodzaj pisma, kilka linków, wyniki klikalności na FB i Google. Jedna odpowiedź przyszła natychmiast. Resztę spowiła „Cicha Noc”, chyba Wigilia w tym roku w Polsce była w sierpniu. Ta jedna odpowiedź była od naczelnego pisma dla mężczyzn.

Natychmiast zaczął mnie pytać, co mogę zaoferować. Pomyślałem, że zaoferowałem już dużo - cały styl, zwroty, zdania, niepublikowane teksty, wywiady… Może o czymś zapomniałem? Czy na rozmowie o pracę wypada oferować zrobienie laski w bonusie? Może wtedy reszta tego wirtualnego dialogu przebiegłaby zupełnie inaczej. Dowiedziałem się bowiem, że #felietonów pisać raczej nie umiem, że to gatunek najmniej poczytny i że on wolałby „konkrety”. Czyli jednak trzeba było zaoferować głębokie gardło.

Niezrażony opisałem wizję swojej przyszłości w redakcji, a szanowny redaktor odpowiedział, że prosi o dziesięć tematów i opisy, do których on się ustosunkuje. Dziesięć tematów to w Polsce cały numer, musiałbym być nienormalny. Zapytałem zatem, jakie są obowiązujące stawki za tekst, jako autor mam przecież prawo wiedzieć, czy mam ochotę podnosić dupę z łóżka czy nie. Tak jak Linda Evangelista w latach 90-tych. Odpowiedź: „jak tematy będą dobre, to się dogadamy”. Aha, czyli ja spędzę dzień i noc, przetrząsając archiwum magazynu, spiszę dziesięć przykazań, zrobię story na prawie cały numer i usłyszę, że 150 złotych za tekst, tak? Jak nie dajesz w Polsce dupy za darmo, to nie masz nic. Albo rimming życia, albo bezrobocie. Wybieram bezrobocie.

Zastanawiam się jak żyć w tym kraju, z tymi ludźmi, z tym chamstwem i brakiem szacunku

W Polsce wszystko cofa się do średniowiecza – nie tylko politycznie, ale i kulturalnie. Na wysokich stanowiskach siedzą buraki. Wysokość stołka nie świadczy o klasie i talencie. W jaki sposób miałbym utrzymać się w Warszawie za oferowane na pozycji copywritera 3 tysiące złotych? Czyli dwa i pół po podatku. Wynająłbym kawalerkę i żywił się czym? Kostkami lodu z ziół? O jakich możliwościach i biznesach mówią do mnie ludzie, którzy wyjechali i nie mają zielonego pojęcia o tym, jak żyje się w Polsce, kiedy uprawia się artystyczny zawód? Jedyny biznes jaki można zrobić w tym grajdole to pampersy z cementu – żeby nie rozkopali ci dupy ani dumy.

Kiedy w Warszawie zarobisz 3 tysiące to stać cię na kawalerkę, kosmetyki z Ziaji, bułkę i kefir na śniadanie. W Londynie za 3 tysiące funtów – bez przeliczania, porównując tylko liczby – wynajmiesz kawalerkę, ale i stać cię na marki w Polsce uznawane za luksusowe. W Polsce musisz zrobić sobie dziecko i kiedy dostaniesz 500+, wtedy kupisz. W Anglii stać cię na wizyty w outletach projektantów, w Polsce - na atelier lumpeks. Ceny życia dostosowane są tam do cen produktów. Za 20 złotych kupisz sobie ewentualnie śniadanie – mleko, chleb, ser i herbatę. Za 20 funtów – żyjąc samotnie zrobisz zakupy na cały tydzień. Jako trzydziestotrzyletni singiel, który zostaje w biurze po godzinach nie chcę zarabiać na przeżycie, chcę zarabiać na życie. I może to trudne do ogarnięcia dla kogoś, kto w Polsce przeżył sto lat, ale bycie emigrantem to nie tylko tułaczka i depresje.

Moich siedmiu lat nie zamieniłbym na nic innego. Nauczyłem się siebie i życia. Uśmiecham się na ulicy do ludzi, w drugim języku nie tylko mówię, ale i myślę. I wreszcie mam odwagę podnieść rękawicę i walczyć o swoje, tworzyć, podpisywać się nazwiskiem, a nie oblewać rumieńcem i mówić, że to nie moja zasługa. Nie jestem już życiową cipą, która godziła się na zesłany mi los. Zrywam identyfikator.

Polska nie jest moim domem

Ten kraj nie jest moim krajem. Nie mam do niego żadnych praw, tak jak on nie ma do mnie. Urodziłem się tu nie z własnej woli, jestem imigrantem, przyszedłem z planety Macica. Przypadkiem wypluto mnie tutaj, nauczono żyć wedle zaakceptowanego kodeksu i praw na ziemi polskiej. Wykarmiono, opluto i przyszyto do klas, szkół, społeczności.

Do określonego wieku musiałem chodzić z tą szpetną łatą. Czy była modna, brudna, nudna, czy nie - nie mogłem jej zerwać. Przyszyta była terminem ważności, oklejona banderolą i znakiem jakości. Siedem lat temu zauważyłem, że klej puścił. Pośliniłem ją palcem i zeszła zupełnie jak wodny tatuaż. Okazało się, że nie jest na życie, że mogę ją wyrzucić i przyszyć sobie w paszporcie nowe pochodzenie.

Siedem lat temu ołówkiem wpisałem „Anglia”. Dzisiaj, po siedmiu latach emigracji, długopisem wpisuję „Obywatel Świata”, bo żadna kariera, ani żadne marzenie, nawet najbardziej absurdalne - nie powinno mieć granic. Moje już nie mają. Zerwałem z nich banderole.

źródło: przemyślenia Autora

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione.

#Bartek Fetysz #Londyn