Niepokojące wieści ze wschodniej Ukrainy, ogarniętej już regularną wojną, ciągle do nas napływają. Co jednak dzieje się na zachodzie, na którym pozornie jest spokojnie? Specjalnie dla Was zapytałam o to trzy Ukrainki i Polkę, która zawodowo zajmuje się odkrywaniem historii Ukrainy.

Benzyna przyda się nie tylko do auta

Marta Czerwieniec jest genealogiem i od niemal 6 lat, w ramach swojej pracy prawie, co miesiąc bywa na Ukrainie. Najczęściej jeździ na zachodnią Ukrainę, najdalej w okolice Kijowa i Winnicy. Czasem wozi też ze sobą dary, głównie żywność, przybory szkolne i słodycze dla dzieci, które oddaje parafiom rzymsko-katolickim. - "Dzieci są i polskie, i ukraińskie, ale przecież ja ich nie dzielę. Dzieci to dzieci" - stwierdza.

Zapytana o największą widoczną zmianę na przestrzeni ostatnich lat, od razu mówi: pojawienie się klasy średniej - "Wcześniej ludzie byli albo bardzo biedni, albo bardzo bogaci" - tłumaczy.

Genealog uważa, że w obecnej sytuacji podstawą utrzymania Ukraińców jest rodzina na wsi, lub własny ogródek. Wtedy można liczyć na jedzenie, które się wyhoduje. - "Hrywna leci na łeb, na szyję. W przeciągu tygodnia kurs zmienia się tak, że nagle za złotówkę można kupić już nie 7 hrywien, a 10" - relacjonuje.

Ludzie, gdy tylko dostają pensję, pędzą do sklepów, żeby zdążyć przed kolejną zmianą kursu - w końcu ich wypłaty się nie zmieniają. Przy ulicach stoją niedokończone budowy. Ceny benzyny również nie pozostają bez zmian. - Jak się słyszy "benzyna", to pierwsza myśl: "samochód". A problem jest głębszy - zauważa Czerwieniec.

Od dłuższego czasu na Ukrainie koń mechaniczny to symbol luksusu, - "dlatego pola obsiewa się z pomocą traktora. A jak ceny benzyny rosną, to czym jeździć? - Chyba pozostaje koń z krwi i kości" - kwaśno stwierdza genealog.

Niewiele lepiej wygląda sytuacja z gazem. -" Powoli staje się coraz droższy, gdyż państwo przestaje dopłacać do niego. Mam wrażenie, że niedługo trzeba będzie udrożnić stare rury kominy i piece" - mówi Czerwieniec. - "Moja znajoma Polka we Lwowie, starsza pani, ma 900 hrywien emerytury. Dorabia wynajmując pokoje Polakom i głównie z tego się utrzymuje, ponieważ po zapłaceniu rachunków bieżących, z 900 hrywien niewiele zostaje na życie."

Nawet tegoroczne wakacje zimowe dzieci miały w innym terminie, ze względu na problemy z ogrzewaniem. W grudniu bywało i tak, że na kilka godzin wyłączano prąd w danej miejscowości, żeby trochę zaoszczędzić. - "Pojechałam do wulkanizatora w Zbarażu, bo skrzywiłam felgę na dziurze na drodze, a on, że muszę poczekać ze dwie godziny, bo nie mają jak pracować bez prądu" - wspomina.

Według Czerwieniec ludzie boją się wojny. Nastroje się różnią, w zależności od tego, z kim się porozmawia, jednak na ulicach widać wywieszone flagi narodowe, a balustrady na starych mostach pomalowane są w kolory narodowe. Ludzie mówią, że nie ma separatystów. Są tylko Rosjanie. - "Nawet mnie zatrzymał już kilkakrotnie patrol milicji w towarzystwie wojskowych w czarnych mundurach. Upewniali się, że mam polski paszport. I że nie pomagam nikomu migającemu się od poboru" - opowiada.

Okazuje się, że jednak istnieje jasna strona tego kryzysu. - "W Kijowie wreszcie można dogadać się po ukraińsku" - uśmiecha się naukowiec.

Puste półki w sklepach

Khrystyna pochodzi z małego miasta w obwodzie tarnopolskim. Jej dziadkowie są Polakami, więc miała Kartę Polaka, dzięki której zamieszkała u nas i mogła studiować za darmo. Całe dzieciństwo spędziła jednak w ojczyźnie. - "Kiedy jeszcze byłam w szkole, tam u siebie, nie było źle. Jak się tam żyje teraz? Jak zwykle... Tylko, że mobilizują do wojska moich znajomych" - opowiada.

Ojciec dziewczyny prowadzi sklep na Ukrainie. - "Opowiadał mi ostatnio, jak to przyszli do niego ludzie, tuż po wypłacie. I brali z półek jak leciało, po pięć paczek na raz: kaszę, ryż, makaron... Wszystko, co się za szybko nie zepsuje" - tłumaczy Khrystyna.

Owoce i warzywa nie są tak popularne, bo nie dość, że droższe, to jeszcze nie da się ich długo przechować. Półki w supermarketach uginają się od nich, natomiast tam gdzie kasze i makarony -pustki.

Krowa sprawdza kurs dolara

Olesia studia w Polsce zaczęła w wieku 15 lat. Na dzień przed rozpoczęciem roku akademickiego rodzice, w drodze do Niemiec, podrzucili ją do Wrocławia. Nie chciała jechać do Niemiec, bo nie znała ani kraju, ani języka. A w Polsce pierwszy raz była już jako pięciolatka i język też nie był zupełnie obcy. Utrzymuje kontakt z rodziną, która została w ojczyźnie, często ich odwiedza. - "Ludzie na Ukrainie żyją z oszczędności, ale wiadomo, że te się kiedyś skończą" - stwierdza kwaśno.

Dziewczyna jest przekonana, że w dużych miastach na Ukrainie jest trochę lepiej, niż w wioskach. Szczególnie teraz, kiedy jeszcze jest zima i brakuje robót sezonowych. Na dodatek młodzi mężczyźni, którzy byli główną siłą roboczą, albo wyjechali na Zachód, albo poszli do wojska. - "Moi dziadkowie zostali w rodzinnej wiosce. Nie martwię się o nich jakoś bardzo. To doświadczeni ludzie, wiedzą, jak sobie poradzić. Jestem pewna, że czego, jak czego, ale jedzenia im nie brakuje" - tłumaczy dziewczyna.

Rosnące ceny i chwiejąca się hrywna nie umknęły uwadze Ukrainki. - "Wcześniej było źle, ale teraz to już jest ubóstwo. Luty był straszny. Wymieniłam pieniądze w kantorze na tydzień, a za godzinę już ich nie było. Szło się po mleko, a tu się nagle okazuje, że za tyle samo nie płaci się 9 hrywien, tylko 20. A przecież nasze wypłaty zostają takie same. Żartowaliśmy, czy trzeba tak dużo płacić, bo krowa żyje po kursie dolara" - wspomina. - "A jak poszłam na targ, to byłam tylko ja; no i sprzedawcy."

To temat, którego się unika

- "Jeszcze niedawno jak się wchodziło do apteki, albo szło na plac na zakupy, to sprzedawcy zawsze miło zagadali. A teraz, no cóż, muszą skupić się na zyskach" - opowiada Anna, Ukrainka, która od 4 lat mieszka we Wrocławiu. Jest absolwentką architektury wnętrz, ale nie pracuje w zawodzie.

Zapytana o sytuację na Ukrainie, wzdycha. - "Nawet po koleżankach widzę, że to temat, którego się unika. Wiadomo, jak znowu jakieś wieści przychodzą ze wschodu, to się człowiek przejmuje, ale tak, na co dzień to po prostu chce żyć..."

Również w jej rodzinnym miasteczku, nieopodal Kijowa, mieszkańcy starają się nie skupiać na wojnie. - "U nas stoją koszary wojskowe. Wszystko blisko stolicy. Wyobrażasz sobie, co czują ludzie" - bardziej stwierdza, niż pyta.

Niedawno Anna odwiedzała rodzinę i ze znajomymi poszła na kawę. - "Wchodzisz do kawiarni i ludzie mają pogodne twarze. Nie wyjeżdżają, bo, tak jak moja siostra, żyją nadzieją" - uśmiecha się.

W pewnym momencie, do stolika nieopodal Anny, przysiadł się pijany mężczyzna. Miał telefon przy uchu i zaczął do niego krzyczeć: "Przyjaciela mi zabili na froncie! Zaraz do nas też przyjdą, zobaczysz!". Kilka osób poprosiło go, żeby się uspokoił. To go tylko jeszcze bardziej rozjuszyło. W końcu trzeba było dzwonić po milicję. "Wy nie wiecie, kim ja jestem!", krzyczał mężczyzna, kiedy wyprowadzano go z kawiarni.

Niektóre miejsca i imiona zostały zmienione.



#Ukraina #Rosja