Ruszył kolarski wyścig Paryż-Nicea, wyścig niezwykły, wyścig ze wspaniałą historią, który dla kolarzy jest otwarciem nowego sezonu w wielkim stylu. Jest nazywany "Wyścigiem ku słońcu", ale nie tylko dlatego, że przemierza francuskie drogi z północy na południe - bardziej, bo zwycięzcom zapowiada wielkie sukcesy w sezonie. Czternastokrotnie zwycięzca wyścigu z Paryża do Nicei zostawał w tym samym roku zwycięzcą Tour de France, takiego kolarskiego Wimbledonu. Żeby wymienić chociaż kilku zwycięzców tego wyścigu, takich jak Jacques Anquetil, Eddy Merckx, Raymound Poulidour, Sean Kelly, trzeba pominąć takich jak Miguel Indurain, Laurent Jalabert, Alberto Contador czy Freddy Maertens. Wszyscy stawali na podium mistrzostw świata, wszyscy byli legendami światowego kolarstwa.

Michał Kwiatkowski liderem

Dzisiaj, po pięciu etapach, liderem wyścigu jest polski kolarz, Michał Kwiatkowski, aktualny mistrz świata. Ale tym razem nie będzie o nim, a o innych polskich mistrzach, którzy na trasie wyścigu Paryż-Nicea stawiali pierwsze kroki w rywalizacji z kolarskimi zawodowcami.

W roku 1974 po raz pierwszy stanęły naprzeciw siebie, w jednym wyścigu, dwie kolarskie potęgi - drużyny kolarzy zawodowych i polskich "amatorów". I wcale nie wyglądało to tak śmiesznie jak się wydaje. Polscy kolarze w tym czasie zdominowali "socjalistyczny" peleton. Ryszard Szurkowski, czterokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju, mistrz świata z Barcelony (przed Stanisławem Szozdą), Janusz Kowalski, mistrz świata z Montrealu (przed Szurkowskim), Stanisław Szozda, Tadeusz Mytnik, mistrzowie świata z Barcelony w wyścigu drużynowym, ponadto Brzeźny, Nowicki, Kręczyński, Matusiak, Kaczmarek, Krzeszowiec, czyli kwiat polskiego kolarstwa, niestety w kategorii, jak to nazywają Włosi "diletanti", a my trochę ładniej - amatorzy.

Pierwszy etap wyścigu wygrał Eddy Merckx przed Ryszardem Szurkowskim. Wydawało się, że po takim początku nawiążemy walkę z zawodowcami. Rok wcześniej, po zwycięstwie w Barcelonie, Szurkowski miał propozycję jazdy z Merckxem w zawodowej drużynie Molteni. Niestety nasza socjalistyczna rzeczywistość nie przewidywała takich rozwiązań.

Nasi kolarze, nie znający zwyczajów zawodowego peletonu, który połowę etapu traktował relaksowo, jadąc wycieczkowym tempem, zwęszyli swoją szansę, postanawiając zastosować wariant, który na trasie Wyścigu Pokoju nie raz zdawał egzamin. W strefie bufetu, gdzie wszyscy kolarze biorą kalorie na resztę etapu, zrezygnowali z tego, rozpoczynając szaleńczy wyścig. Zanim peleton zjadł co miał do zjedzenia, mieli ponad 20 minut przewagi. W naszych kategoriach było po wyścigu. Tymczasem Felice Gimondi, Joop Zoetemelk, Merckx i "Poupou" Poulidour, zorganizowali swoje drużyny do współpracy i po godzinie rzeczywiście było po wyścigu. Nasi zostali doścignięci, głodni nie mieli siły walczyć, przegrali etap, przegrali wyścig.

Trzymajmy kciuki za "Kwiatka"

Gdyby nie polityczny reżim, nasi kolarze zapewne byliby takimi samymi mistrzami jak ich ówcześni koledzy z drużyn zawodowych. Jak Czesław Lang, Zbigniew Spruch, Lech Piasecki, Zenon Jaskuła, którzy "przecierali szlaki" Michałowi Kwiatkowskiemu, Rafałowi Majce i innym polskim kolarzom w zawodowym peletonie. Ruszył wyścig Paryż-Nicea, trzymajmy kciuki za "Kwiatka", który już w tym roku, może na mecie w Nicei stanąć obok największych mistrzów światowego kolarstwa. #kolarstwo