Ubiegły weekend zaczął się dla mnie od relacji "live" z Perth, gdzie Polska po raz drugi z rzędu pojawiła się w finale tamtejszych rozgrywek. Tym razem naszymy przeciwnikami była para Amerykańska - mierzący 206cm wzrostu John Isner i ważąca prawie 100kg Serena Williams. Nawiasem pisząc, tenisa pani Williams nie cenie wcale (dwa warianty gry - mocno, albo bardzo mocno), ale za to mam pełen szacunek do niej jako osoby. Ma ona klasę prawdziwej mistrzyni, pytanie tylko co jest jeszcze w stanie osiągnąć? Tym razem u boku "Isi" stanął "JJ" v "Jerzyk" Janowicz.

Isia

Pierwsze spotkanie pań i wielki ukłon dla "Isi" ze strony Sereny. Pan prezydent powinien uhonorować ją jakimś orderem za te wszystkie niewymuszone błędy, które pozwoliły "Isi" odnieść nad nią zwycięstwo. Widać było, w tym meczu kolosalną różnicę pomiędzy Sereną z Pucharu Hopmana, a z ubiegłorocznego US Open. W prawdzie wzorem Marcosa Bagdatisa, uszkodziła swoją rakietę - co pokazuje jakieś jej zaangażowanie, niemniej nie zmienia to faktu, że brakowało Williams na tyle silnej motywacji by dać z siebie nieco więcej. Co do Radwańskiej, no cóż... grała swój #tenis - popełniała bardzo mało niewymuszonych błędów i uderzała piłeczkę w boczne sektory kortu, co w pojedynku z przeciwniczką mającą obiektywnie słabą motorykę przynosiło świetne efekty.

JJ

Całe szczęście, że równolegle leciał finał z Brisbane, w którym Maria Sharapowa pokonała Ane Ivanović. Mecz obu pań stał (co stanowi pewną rzadkość) na znacznie wyższym poziomie niż panów. Mecz w Perth był typowym pojedynkiem na asy. Nie może to dziwić, gdyż obydwaj tenisiści mają opinię jednych z najlepszych bombardierów w stawce. Dla mnie osobiście faworytem tego spotkania był Janowicz. Który utwierdzał mnie w tym przekonaniu za każdym razem, gdy tylko dochodziło do dłuższych wymian - w tych Amerykanin był bezsilny. Niestety dała w tym spotkaniu o sobie znać typowa "dolegliwość" polskich zawodników - nieumiejętność dobicia leżącego rywala. "Jerzyk" dwukrotnie w tiebreaku miał breik'a i swój serwis. Mimo to nie mógł tych decydujących piłek skończyć. Na myśl przychodzi mi tu pamiętny pojedynek Łukasza Kubota z Feliciano Lopezem z kortów Wimbledonu. Wtedy Kubot miał dwie piłki meczowe przy stanie 2-0 w setach. Nie wykorzystał ich i przegrał cały mecz 2-3. Na deser po przegraniu pierwszego seta, od razy przegrał swoje podanie w drugim i tym samym jasnym stało się, że o wyniku trofeum zadecyduje podobnie jak rok temu mixt. W nim fortuna i zgranie sprzyjały "Isi" i "Jerzykowi".

Polacy perwszy raz w historii wygrali puchar Hopmana. Gratulacje i powodzenia za tydzień na kortach w Melbourne.