"Wynajem to pieniądze wyrzucone w błoto, a kredyt to inwestycja" – z tym stwierdzeniem zgodziłoby się zapewne 81,6% Polaków. Według spisu powszechnego z 2011 roku, taki właśnie odsetek Polaków mieszkał w lokalach własnościowych (wykupionych od spółdzielni, wspólnot, miasta oraz na zasadzie odrębnej własności). Tylko 5,5% rodaków zamieszkiwało mieszkania wynajęte po cenach rynkowych. Szacunki te nie obejmują np. zameldowanych u rodziców studentów, wynajmujących wspólnie mieszkania lub akademiki. Widoczna jest jednak tendencja, charakterystyczna dla Polski i pozostałych krajów byłego bloku socjalistycznego. W mieszkaniach własnościowych mieszka 97% Rumunów oraz ponad 90% Litwinów, Węgrów, Słowaków i Czechów. Tymczasem wynajęte lokale zajmuje ponad 50% Niemców, Austriaków czy Szwajcarów.

Przyczyny zjawiska

Po pierwsze jako społeczeństwo na dorobku, kierujemy się względami ekonomicznymi. Młodzi ludzie nie mogą pozwolić sobie na zakup mieszkania i jeśli tylko znajdują zatrudnienie w rodzinnym mieście, mieszkają z rodzicami. Wynajem lokum przez młodego człowieka, który ma możliwość mieszkania z rodzicami, traktowany jest jako marnotrawstwo. Nie wykształciliśmy jeszcze rozwiniętej kultury usamodzielniania się, a niezależność nie jest wartością na tyle cenioną, by za nią płacić.

Taka sytuacja jest nie do pomyślenia np. w krajach skandynawskich, Europie Zachodniej czy USA, gdzie młodzi wyprowadzają się zaraz po ukończeniu szkoły i utrzymują z własnej - choćby dorywczej - pracy i ewentualnych stypendiów. Jeśli rodzice pomagają im finansować studia, absolwenci zwracają koszty po rozpoczęciu pracy przez kilka lat. Ten przykład pozwala zrozumieć, jak bardzo różni się nasza mentalność od krajów „starej Unii” czy USA.

Po drugie, wynajem faktycznie generuje koszt, którego lokator nigdy już nie odzyska. Logiczne wydaje się więc, że wolimy inwestować w lokal, który po latach będzie nasz. Także tu różnimy się od zachodnich sąsiadów, a przyczyna tkwi w zupełnie innym stosunku wysokości raty do czynszu. Przykładowo, średnia rata kredytu za 40-metrowe mieszkanie w Warszawie, zaciągniętego na 100% wartości mieszkania na 30 lat, wynosi ok. 1500 złotych. Tymczasem wynajem takiego mieszkania to koszt od dwóch tysięcy złotych wzwyż. Dlatego trudno się dziwić, że każdy kto ma zdolność kredytową, biegnie do banku.

Inaczej sprawa wygląda na zachodzie Europy – zakup #nieruchomości jest droższy, a np. w Szwajcarii zachętą do wynajmowania są dopłaty od państwa i prawo szczególnie sprzyjające lokatorowi.

Argumenty za i przeciw

Argumentem dla zwolenników wynajmu jest elastyczność tego rozwiązania – łatwiej rozwiązać umowę i zmienić miasto zamieszkania czy wielkość lokalu, np. po założeniu rodziny, niż sprzedawać mieszkanie (często obciążone kredytem) i kupować nowe. To jednak nie przekonuje Polaków. Nie jesteśmy społeczeństwem zbyt mobilnym i większość z nas zapiera się rękami i nogami przed zmianą miasta zamieszkania. Ponadto – notujemy jeden z najniższych przyrostów naturalnych na świecie, a perspektywa zakładania rodziny wydaje się wielu młodym bardzo odległa.

Zatem kupić czy wynająć? W polskich warunkach odpowiedź wydaje się oczywista – kupić, jeśli tylko mamy taką możliwość, szczególnie że obecne oprocentowanie kredytów jest najniższe w historii. Z drugiej strony, dla osoby o zawodzie wymagającym mobilności czy planującej założenie rodziny, wynajem może okazać się dobrym rozwiązaniem.

źródło: polskieradio.pl

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione.

#finanse #studenci