Okrągła liczba lat mija od śmierci „Misia” - Stanisława Dżułyńskiego – wielkiej i uznanej wielkości, profesora, członka wielu akademii, krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych, od którego osiągnięć roi się Internet i biblioteki. Nie o tym jednak będę pisał. Od tego są lepsi. Tak się jednak złożyło, że los mnie, pracującego kiedyś w geologii, stykał z Nim wielokrotnie w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Stanisław Dżułyński był wielki. Wielkością twórcy eksperymentów, tak genialnie prowadzonych przez Niego w USA. Był umysłem niezmiernie innowacyjnym - wystarczy rzucić okiem na biografię. Wszędzie, gdzie pracował, zostawiał po sobie twórczy ślad

Traktowanie innych

Nikt ze znanych i nieznanych jego „podopiecznych”, nie cytując „Misia”, nie byłby uważany za poważnego naukowca. Jak wszystkie wielkości miał kłopoty – nieważne, gdzie i z jakiego powodu. Gdzie indziej był uwielbiany, miał licznych naśladowców, uczniów, wielbicieli. Było ich więcej. Sprawiały to Jego wspaniałe cechy osobowościowe. Oprócz zawodowych. Radość i humor, niepoważny „kapelutek” stale na głowie wybitnego profesora, lekkie zdystansowanie do spraw, które wydawały się poważne. Traktowanie innych. I siebie. Nie traktował się poważnie pomimo niewątpliwej wielkości. Umiał się z siebie śmiać. I ta nieodstępna fajka…. lepiej niż papierosy.

Spotkania w Warszawie

Przychodził do naszego  pokoju w Warszawie, na ulicy Żwirki i Wigury, na drugie piętro - nie byłem tam sam, była Bożenka, Jagoda – do kogo przychodził?  Jakoś dobrze się czuł. Często nie miał zapałek, a fajka wymagała ich wielkiej ilości, fajka gasła - trzeba było gdzieś biegać i śmiechom nie było końca. Gdy była jakaś ważna impreza naukowa, trzeba Mu było zorganizować krawat – nigdy nie pamiętał, aby zabrać ze sobą z Krakowa coś tak niepotrzebnego. Potem biegł do innych – wszyscy Go przyjmowali z radością, starając się jak najwięcej  osiągnąć z twórczej dyskusji prowadzonej ot tak, od niechcenia, tak półgębkiem, przerywanej śmiechem i radością.

Scena w pamięci

Był też jednak Wrocław, były inne ośrodki naukowe – tam też stale przyjeżdżał,  również mając wielu nieżyjących już dziś przyjaciół. Interesował się pracą i osiągnięciami każdego z nich. Jeździł razem gdzieś po górach i lasach. Pomagał. Pomagał zresztą nie tylko młodym kolegom zawodowym. Najbardziej utkwiła mi w pamięci scena, gdy, idąc grupą przez bukowy las, o zmierzchu zbliżaliśmy się do jakiegoś kamieniołomu. I napotkaliśmy stróża tej niewielkiej kopalni. Pilnował, wiadomo po co. Dla paru groszy. Był bardzo opuszczony, samotny, nieogolony. "Miś" odłączył od dyskutującej  grupy, podszedł i wyciągnął swój tytoń, dzieląc się z tym starym i biednym człowiekiem, który, zapewne palił w swej fajce trawę lub liście. Nie zapomnę tej sceny. A minęło tyle lat.

Krakowskie mieszkanko

W Krakowie miał gabinecik na pamiętnych Oleandrach. Byłem tam raz i drugi. Nawet kiedyś zaprosił mnie na nocleg do siebie. Jak zresztą czynił i z innymi z Wrocławia. Piętro było wysokie, może poddasze, mieszkanko niewielkie, nie miał wymagań. A jak zarabiali profesorowie – nawet wybitni - wiadomo. I to nie dlatego, że władza dbała o ich morale. Za to w kuchni... Pełno garków z przysmakami – jakże wszystko było przyrządzone! Jakie smakowite!. Ale to było chyba dzieło Jego żony. Bardzo dbała o Niego. Może za bardzo. Był dość gruby. I tytoń stale…. Może z tej tuszy wynikała radość i optymizm. Stare porzekadło, ze grubi mają dobry charakter.

Był jednak czymś więcej niż tylko zawodową znajomością. Wielkość pracy i  dbałość o drugiego. Człowieczeństwo. Nawet przy wadach.

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na stronie blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione.

#historia