Paweł Mazur: Jak wyglądała „podziemna drukarnia”? Skąd pozyskiwano materiały i maszyny drukarskie?

Jan L. Franczyk: Pierwsze numery miesięcznika „Krzyż Nowohucki” zostały wydane jako klasyczne samizdaty – strona tytułowa była przygotowywana ręcznie, każda z osobna, a kartki w środku numeru były przepisywane na maszynie do pisania z użyciem „papieru przebitkowego”. Ich nakład dochodził do 100 egzemplarzy. W styczniu 1980 roku 5. numer został wydrukowany na maszynie offsetowej w liczbie 500 egzemplarzy – poprzez znajomych udało nam się dotrzeć do drukarza, który pracował w zakładzie małej poligrafii przy którymś z przedsiębiorstw i zgodził się za pieniądze, na „fuchę” wydrukować nam ten numer „Krzyża”. Kolejne numery drukowane były w coraz większych nakładach, w różnych miejscach. Udało nam się dotrzeć do drukarzy pracujących w oficjalnie działających firmach m.in. przy krakowskim sądzie i to współpracujący z nami drukarze starali się o papier oraz farby.

Ile osób pracowało w redakcji „Krzyża Nowohuckiego” i jakie książki drukowano?

Było to kilka osób: Franciszek Grabczyk, Adam Macedoński, Tadeusz Zaleski-Isakowicz (wówczas kleryk, pisał pod pseudonimem Jacek Partyka), Wojtek Sukiennik oraz ja. Odkąd uzyskaliśmy dostęp do druku offsetowego zaczęliśmy wydawać także książki. Jako pierwsze, w kilkuset egzemplarzach, wydaliśmy „Raporty katyńskie ambasadora O`Malley`a”. Wydawaliśmy głównie książki, które wypełniały „białe plamy” w obowiązującej ówcześnie oficjalnej wykładni historii Polski. Bardzo popularne stało się opracowanie młodych krakowskich historyków: „Czego nie ma w podręcznikach?”. #książka miała parę wydań i osiągnęła łącznie kilkanaście tysięcy nakładu, a jednym z jej autorów był Ryszard Terlecki, dzisiaj profesor i wicemarszałek Sejmu. Drugą książką, za którą „w handlu” płacono kilka razy więcej niż u nas wynosiła jej cena, był przedruk londyńskiego wydania pracy „Katyń w świetle dokumentów” z przedmową gen. Andersa. Liczyła ona 350 stron, a my wydaliśmy ją w nakładzie kilku tysięcy egzemplarzy! Drukowaliśmy ją we Wrocławiu. Stamtąd przywoziliśmy zadrukowane arkusze i składaliśmy ją w naszej introligatorni w Nowej Hucie, urządzonej w piwnicy jednego z bloków przylegających do placu z pomnikiem Lenina. Mieliśmy odpowiednie kleje, profesjonalną dużą gilotynę do cięcia papieru. Pracami introligatorskimi zajmował się Artek Kozioł.

Co w praktyce oznaczały zasady konspiracji przy funkcjonowaniu drukarni?

Przede wszystkim to, żeby o miejscach druku wiedziało jak najmniej osób. Sprawami druku zajmowałem się tylko ja i Wojtek Sukiennik. Nie znał ich ani Adam Macedoński, ani nasz introligator Artek. Po drugie, ważne było takie funkcjonowanie, by nie wzbudzać zainteresowania osób postronnych. Wspomniałem o naszej introligatorni w pobliżu pomnika Lenina. Dlaczego tam została ulokowana? Otóż kiedy Wojtek był studentem AGH by trochę sobie dorobić roznosił mleko. Tak się złożyło, że obsługiwał kilka bloków na os. Centrum C. Mleko roznosiło się wcześnie rano, gdy na podwórkach pojawiały się też sprzątające je dozorczynie. Wojtek znał je wszystkie i gdy zapytał jedną z nich, czy zna jakąś wolną piwnicę, w której mógłby złożyć trochę swoich gratów, ta bez wahania wskazała mu nieużywane pomieszczenie. Ta introligatornia nigdy nie wpadła.

Jakie kary groziły za rozpowszechnianie nielegalnych wydawnictw?

Przed powstaniem „Solidarności” najczęstszymi sankcjami były zatrzymania na 48 godzin i kolegium ds. wykroczeń. W okresie pierwszej „Solidarności” sankcje były takie same, ale zalew niezależnej prasy i literatury był już tak duży, że niezależni wydawcy działali w zasadzie pół-jawnie. Na przykład w siedzibie regionalnej „Solidarności” był kiosk, w którym oficjalnie sprzedawano wydawnictwa bez debitu. Sytuację zmieniło wprowadzenie stanu wojennego. Za druk i kolportaż wydawnictw niezależnych można było pójść do więzienia. Tak stało się ze mną, z Sukiennikiem i z Macedońskim – zostaliśmy internowani w nocy z 12 na 13 grudnia 1981. #społeczeństwo #kultura Kraków