Paweł Mazur: Od 2 miesięcy trwa gorączka poszukiwań „złotego pociągu”. Jakiego końca tej historii się Pani spodziewa?

Joanna Lamparska: Z tym „złotym pociągiem” ciągle jesteśmy na podobnym etapie, jak z potworem z Loch Ness – do tej pory nie ma wiarygodnego dowodu na to, że pociąg rzeczywiście może być tam, gdzie trwają poszukiwania. Ja oczywiście bardzo bym chciała, żeby tam pojawiło się jakieś odkrycie. Choć istnieje pewna plotka poszukiwawcza, która pojawia się w okolicach Wałbrzycha, mówiąca o tym, że pociąg z gazami bojowymi, lub innymi groźnymi chemikaliami, a nie ze złotem. Przyznam jednak, że to wszystko trochę „nie trzyma się kupy”, bo w jakim celu jeszcze w kwietniu Niemcy mieliby ogromnym nakładem środków zakopywać pociąg pancerny, który z pewnością bardziej przydałby się im w innym miejscu.

Czyli przewiduje Pani, że zamiast wielkiego odkrycia skończyć się może wielką klapą?

To rzeczywiście już długo trwa i cała sprawa zaczyna wyglądać słabo. Na razie argumenty „za”, bo nie można mówić o dowodach, są mało przekonujące, ale… może nie wiem o wszystkim. Badanie, które faktycznie mogłoby stwierdzić, czy pociąg jest tam, gdzie rzekomo ma być, czyli badanie magnetometrem protonowym, nie jest niczym trudnym, ani bardzo drogim. Tym bardziej, że zgłosiło się już kilka firm, które gotowe byłyby wykonać takie badanie bezpłatnie. Teraz wszyscy czekamy na decyzję pana prezydenta Wałbrzycha, który do końca miesiące obiecał poinformować, kto te badania wykona.

Wcześniej poszukiwania na Dolnym Śląsku trwały w najlepsze, ale dziś każda taka akcja przyciąga uwagę ogólnopolskich mediów. Sądzi Pani, że długo potrwa to zainteresowanie?

To fakt: akcje, które odbywają się na Dolnym Śląsku nie stały się liczniejsze, lecz media zaczęły je bardziej nagłaśniać. I paradoksalnie właśnie boję się, że teraz, gdy „napompowaliśmy balonik” ze „złotym pociągiem”, to gdy okaże się, że nic z tego nie wyjdzie podważy wiarygodność innych dolnośląskich poszukiwań. Bo trzeba pamiętać, że „złoty pociąg” dawno temu zgłaszał już jako znalezisko Tadeusz Słowikowski, zgłaszane były także liczne podziemia w Riese i jakoś wcześniej nikogo to aż tak bardzo nie interesowało, a minister Żukowski mówił, że rząd nie jest od poszukiwania skarbów. Teraz nagle zajęły się tym instytucje rządowe, tylko na dobrą sprawę od samego początku nikt nie wie jak w tej sprawie postępować, z czego bierze się całe zamieszanie. Jeśli więc teraz wszystko zakończy się fiaskiem, to przy następnej takiej sprawie, gdy ktoś może rzeczywiście coś znajdzie, wszyscy popatrzą na niego z politowaniem i powiedzą: „no tak, następny wariat”.

W swoich książkach opisuje Pani niezliczoną ilość fascynujących opowieści o ukrytych na Dolnym Śląsku skarbach. Ma Pani swoją ulubioną? Taką, co do której najbardziej by Pani chciała, żeby okazała się prawdą?

Tak, to #historia związana z zamkiem Grodno. To mój ukochany zamek, znajdujący się w Zagórzu Śląskim, gdzie wedle pewnej relacji miały być pod koniec wojny ukrywane jakieś skrzynie. Choć cała opowieść wydaje się legendarna, to jednak potwierdziła się w dokumentach, z których wynika, że rzeczywiście jeden z wysokich oficerów niemieckich ukrył tam skradzioną przez siebie w Czechach kolekcję zabytkowych dywanów. To jest zatem jak najbardziej możliwe. Poza wszystkim ten zamek dla mnie cały czas ukrywa jakąś tajemnicę. Robiliśmy tam już dwukrotnie badania, ale chciałabym je powtórzyć i mam nadzieję, że Grodno kiedyś ujawni tajemnice ukrytych w nim skarbów. #podróże po Polsce #wojna