Co gryzie księdza Krzysztofa Charamsę?

Spektakularny coming out, o którym piszą obecnie media na całym świecie, można rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Dla ludzi Kościoła jest to niewątpliwie cios. Ksiądz #Krzysztof Charamsa nie był zwykłym kapłanem, pracował bowiem w Kongregacji Nauki i Wiary.

Ponadto jako wykładowca na katolickich uczelniach kształtował poglądy młodych ludzi, dla których wiara stanowi istotny element życia.

Co kierowało prominentnym duchownym? Czy to naprawdę - jak on sam twierdzi - jest to próba otwarcia Kościoła na dyskurs, który ma się przyczynić do pozytywnych zmian? Czy ten doskonale wykształcony i nieprzeciętnie inteligentny człowiek wierzył rzeczywiście w to, że jego akcja przyczyni się w pozytywny sposób do dyskusji na temat homoseksualizmu?

Bohater ostatniej akcji

Wystąpienie medialne księdza Charamsy to oczywiście woda na młyn wszelkiego rodzaju krytyków Kościoła. Dla nich to kolejna okazja do pokazania zakłamania i demagogii tej instytucji. Szczególnie istotne są w tym kontekście słowa, w których duchowny opowiada o tym, jak wielu jest homoseksualistów wśród księży i jak ogromnym problemem okazuje się wśród nich homofobia spowodowana brakiem akceptacji dla własnych skłonności.

Dla wielu lewicowych publicystów ksiądz Charamsa stanie się zapewne bohaterem, męczennikiem, który złożył ofiarę ze swojego wygodnego życia na ołtarzu prawdy. Już teraz widać próby takiego właśnie kreowania jego postaci. Wkrótce zapewne pojawią się kolejne hagiograficzne opowieści o niepokornym kapłanie.

Nie ulega wątpliwości, że takie spojrzenie na sprawę jest potrzebne, choćby po to, by unaocznić cały złożony obraz tej sytuacji. Czy jednak bezpośredni atak na Kościół, przypuszczony w momencie gdy duchowny nie miał już zapewne wątpliwości, jakie reakcje wywołają jego słowa, można uznać za szczerą krytykę instytucji?

Za garść dolarów

Nieco inne światło na wystąpienie księdza rzuca publikacja internetowego magazynu "Wirtualne Media". Z artykułu opublikowanego na jego stronie dowiadujemy się o kulisach rozmów, które poprzedzały ukazanie się wywiadu. Okazuje się, że duchowny negocjował warunki opublikowania wywiadu na wyłączność z czołowymi polskimi magazynami. W wielu przypadkach mowa była o wyłączności, choć oczywistym wydaje się, że duchowny nie zamierzał dotrzymać tego warunku.

Jaki więc był jego plan? Chodziło zapewne o zrobienie jak największego szumu wokół własnej osoby. Powodem jest tu nie tylko próba dotarcia do szerokiego grona odbiorców, ale również chęć zarobienia kilku groszy. Ksiądz Charamsa żegna się ze wszystkimi piastowanymi przez siebie stanowiskami, a żyć z czegoś trzeba. W tym kontekście plotka, z której wynika, że kontrowersyjny duchowny planuje wydać książkę, wydaje się bardzo wiarygodna.

Reakcja łańcuchowa

Podobno powodem do wyjścia z cienia była sytuacja, w jakiej znalazł się bohater niniejszego tekstu po opublikowaniu swojego artykułu w "Tygodniku Powszechnym". Był to komentarz pełen krytyki pod adresem homofobicznych wypowiedzi księdza Dariusza Oko. Sprowadził on na watykańskiego teologa lawinę internetowego hejtu. To właśnie ona miała przelać czarę goryczy. Zdaniem redakcji "Tygodnika..." w czasie pisania artykułu ksiądz Charamsa nie zamierzał jeszcze wystąpić ze swoim coming outem. Tymczasem tekst ukazał się na początku października, a wiele wskazuje na to, że duchowny prowadził już wówczas rozmowy, które miały przygotować grunt pod jego spektakularne oświadczenie.

Dalszy rozwój wydarzeń wydaje się oczywisty. #Watykan zwolnił księdza z piastowanych przez niego stanowisk i oddał go do dyspozycji biskupa pelplińskiego ks. dra Ireneusza Smaglińskiego. Prawdopodobnie kolejnym krokiem może być wystąpienie z Kościoła. Oczywiście biskup już teraz namawia go do zawrócenia ze złej drogi. Nic jednak nie wskazuje na to, by ksiądz Charamsa chciał stać się nawróconym grzesznikiem. W praktyce oznacza to, że spektakl, w którym gra główną rolę, będzie trwał jeszcze przez dłuższy czas.

źródło: Wirtualne Media, Tygodnik Powszechny #kościół