Naszego kolejowego przewoźnika nazywamy tradycyjnie Polskimi Kolejami Państwowymi, czyli #PKP. Jednak czy koleje na pewno są państwowe? Co jest czyje i kto, za co odpowiada? - dziś już mało kto wie, rozróżnia i rozumie. Może właśnie o to chodziło, żeby wszystko stało się bardziej rozmyte!? Łatwiej się wtedy tłumaczyć, przerzucać odpowiedzialność itp. Rozczłonkowanie na przeróżne spółki nie wychodzi na dobre ani PKP, ani pasażerom.

Jak słyszymy, z jednej strony – na kolei ekstremalne nowości techniczne (Pendolino, Impuls) oraz niesamowite modernizacje obiektów dworcowych (dworce przypominające galerie sztuki, muzea), a z drugiej – opłakany stan zdecydowanej większości dworców, brak punktualności, niezawodności i porządku. Czy to rozsądne, by z jednej strony sięgać szczytów, a z drugiej – staczać się w czeluści nędzy? Statystyczna średnia nikogo przecież nie zadowoli, podobnie jak ze średnią płacą i jej statystyczną deformacją.

Unowocześnianie obsługi

Służby kolejowe, zamiast przeć ku nowoczesności i stawiać na sprawną obsługę internetową –  wciąż wolą działać nieudolnie, niespójnie i nieprzyjaźnie.

Wiadomo, że przy elektronicznej obsłudze zdarzają się okresowe wpadki informatyczne, np. zawieszania się systemów, awarie itp., ale na naszej kolei jest codzienną normą, że kasy działają swoim porządkiem, a obsługa internetowa – swoim! Jakby chodziło o całkiem inne podmioty, inne kasy i bankowe rachunki. Różnicowanie podmiotów i wydzielanie wielu spółek nie powinno utrudniać życia podróżnym ani dworcowej obsłudze. A jest to niestety mocno zauważalne.

W żadnej opcji i tak nie ma szans, żeby pani z dworcowego okienka w jakikolwiek sposób zadziałała w sytuacji, gdy podróżny nabył bilet przez #Internet i zmuszony jest go zwrócić. A nieopatrznie – sądząc, że oszczędzi sobie oraz przewoźnikowi czasu, nerwów, wystawania w kolejce – skorzystał z zakupu internetowego. No i bieda gotowa!!! Pani biletu nie może zmienić, zamienić, ani też zwrócić pieniędzy! Bo to bilet kupiony przez internet (jakby był jakiś trefny, wyklęty, wykluczony)! Trzeba go zatem przez internet zwracać, ale przedtem wystąpić z uzasadnieniem, reklamacją, załącznikami, odwołać się, wnioskować i wiele jeszcze innych wymogów.

A czas leci, sprawy naglą – więc kupujesz biedny kliencie nowy bilet. Żeby móc kiedykolwiek dostać zwrot za niewykorzystany bilet – to ho, ho, ho! Ile musisz wypisywać, wnioskować i się naprosić!? Nieznany jest końcowy efekt starań (niewspółmiernie wielkich w stosunku do wagi sprawy), ale i tak, na rozpatrzenie wniosku czekać trzeba 30 dni! Super! Cóż to jest jedyne 30 dni w dobie informatyzacji, elektroniki i błyskawicznego postępu techniki!?

Nieważna też wina PKP

Nic też nie wskurasz, jeśli zwrot biletu następuje z wyłącznej winy PKP, bo np. opóźnienie nie pozwala podróżnemu na stawienie się w umówionych okolicznościach (a jest to np. wyczekiwana długimi miesiącami wizyta u lekarza specjalisty). Klient udaje się zatem w podróż alternatywnym środkiem np. najbliższym busem PKS. Nic dziwnego, że prosi panią z okienka PKP o zwrot niewykorzystanego z winy kolei biletu. Jednak – zupełnie nie ma na to szans! Bo pojawia się znów owa mocna argumentacja, że to bilet kupiony przez internet! Nieważne, że należność została wcześniej wpłacona na konto przewoźnika, który ewidentnie nie wywiązuje się z należytego świadczenia usługi (opóźnienie 70 min na trasie długości około 200 km), ale znów to właśnie Ty kliencie masz obowiązki typu: wniosek, załączniki, uzasadnienie, wypisywanie, składanie i oczekiwanie... bagatela – 30 dni! Za nerwy, kłopoty podwójny koszt podróży (PKP + PKS) – klient może kiedyś dostanie, albo i nie dostanie zwrotu. A może były to ostatnie pieniądze schorowanego emeryta, udającego się na specjalistyczna wizytę, od której zależy jego życie!?

Apel!

O polska kolei!! Bądź poważna, nowocześniejsza, bardziej ludzka i elastyczna! Biednemu i słabemu – wiatr zawsze w oczy – także ze strony kolejowych niezbyt dobrze zinformatyzowanych przewoźników! #finanse publiczne