Idealne osiedle mieszkaniowe w teorii…

Dylemat dotyczący tego jak budować bloki, by przyjemnie było w nich mieszkać nie jest wcale rzeczą nową. Od lat trzydziestych, gdy masowo powstawać zaczęły wielopiętrowe domy mieszkalne zastanawiano się jaka koncepcja będzie najlepsza z punktu widzenia przyszłych lokatorów. Jednym z najciekawszych pomysłów, była anglosaska koncepcja „jednostki sąsiedzkiej” („neighborhood unit concept”), która skupiała określoną liczbę mieszkańców budując między nimi jednocześnie pewne więzi społeczne. Amerykański architekt Clarence Artur Perry, starając się podać uniwersalną receptę na budowę wzorcowej „jednostki sąsiedzkiej”, postulował, aby przy projektowaniu osiedla przestrzegano kilku reguł, m.in.: ilość mieszkańców powinna być dostosowana do wielkości szkoły znajdującej się w jego obrębia, powinny się tam też znaleźć inne obiekty usługowe (poczta, przychodnie, sklepy, obiekty rekreacyjne, kościół). Na terenie osiedla należało zadbać też o stworzenie zwartych terenów zielonych, które umożliwiałyby mieszkańcom codzienny odpoczynek. Bloki nie powinny być zbyt wysokie, a sieć drogowa tak skonstruowana, aby ruch samochodowy nie zakłócał funkcjonowania osiedla. Miało to być idealne połączenie wszystkich dobrodziejstw życia w mieście, z obrazem sielskiego życia na wsi. Nawet dziś wydaje się, że ta idea wcale się nie zdezaktualizowała, a na pewno brzmieć może kusząco.

… i w praktyce

W polskich warunkach powstawały też okazy „idealnych miast”, które można by uznać za zgodne z założeniami Perry’ego. Najbliższa tej wizji była Nowa Huta – początkowo powstawały tam niskie, dwupiętrowe bloki, których koncepcja pochodziła jeszcze z czasów przedwojennych. Następnie rozpoczęto stawianie przy głównych arteriach komunikacyjnych monumentalnych bloków, zgodnie z ówczesnymi, podstawowymi założeniami socrealizmu. W latach późniejszych koncepcję uzupełniono również blokami z „wielkiej płyty” – pierwszy w Polsce blok tego typu postawiono właśnie w Nowej Hucie, w roku 1958. W ten sposób powstało świetnie rozplanowane miasto-ogród, gdzie każde osiedle tonęło w zieleni i zapewniało duży stopień intymności, a jednocześnie posiadało wszelkie udogodnienia: komunikacyjne, infrastrukturalne oraz socjalne. Nie był to jedyny polski przykład wzorcowego miasta - na bardzo podobnej zasadzie i w podobnych latach powstawały między innymi Nowe Tychy

Renesans Nowej Huty

Choć na przestrzeni ostatnich 65 lat – bo tyle liczą sobie najstarsze osiedla Huty – o tej dzielnicy Krakowia mówiono różnie i często niezbyt pochlebnie, to dziś przeżywa ona swoje odrodzenie. W zderzeniu z ofertami deweloperów, którzy proponują nowe mieszkania na betonowych pustyniach – bez drzew, parków, zagospodarowanej przestrzeni publicznej i bez podstawowych udogodnień – zaplanowane i przemyślane od początku do końca nowohuckie osiedla są kuszącą ofertą. Coraz chętniej następuje na nich wymiana pokoleń – stare mieszkania zasiedlają młodzi lokatorzy, którzy kupują je nie tylko ze względu na konkurencyjną cenę, ale przede wszystkim z uwagi na znakomite otoczenie i infrastrukturę. Nawet ruch tranzytowy, który przechodzi (i jeszcze przez kilkanaście miesięcy przechodził będzie) przez serce dzielnicy nie jest wybitnie uciążliwy dla mieszkańców. A wszystko dzięki temu, że nowohuckie osiedla od początku były projektowane zgodnie z ideą „jednostki sąsiedzkiej”, która, jak się okazuje, przetrwała próbę czasu.

Źródła: eduteka.pl, inzyniermocno.tumblr.com. #nieruchomości #społeczeństwo #gospodarka