Tereny zalewowe, czyli „cenowe okazje”

Nietrudno domyślić się, że budowanie na terenie zalewowym osiedla mieszkaniowego jest pomysłem cokolwiek ryzykownym. Nie jest to jednak niemożliwe, pod warunkiem, że „inwestor uzyska decyzję właściwego organu administracji zezwalającą na taką lokalizację”. To jeden z kruczków prawnych, które pozwalają nieuczciwym deweloperom na krociowe zyski, przy jednoczesnym „nabijaniu w butelkę” klientów. Bo kiedy przyjedzie powódź deweloper nie będzie się poczuwał do winy – dostał przecież pozwolenie. I ktoś to pozwolenie wydał.„Beztrosko zabudowujemy tereny zalewowe. Pokolenia dwa, trzy wstecz nie odważyłyby się na to. (…) Obserwujemy, że co powódź to więcej jest zalanych obiektów, bo ludzie nieodpowiedzialnie budują na terenach zalewowych” – przyznawał w czerwcu 2015 roku Jerzy Miller, Wojewoda Małopolski podczas spotkania w sprawie inwestycji przeciwpowodziowych w Małopolscy i na Podkarpaciu. Problem polega jednak na tym, że choć wszyscy zgadzają się, że budowanie na terenach zalewowych to brak odpowiedzialności, nikt nie jest w stanie go ukrócić. Co ciekawsze, wciąż znajdują się też nowi nabywcy tego typu mieszkań – zwykle przeważa cena, bo wiele osób nie dopatruje się wszystkich „kosztów ukrytych”, jakie w kolejnych latach mogą nadejść wraz z podtopieniami.

Był zabytek, nie ma zabytku

Innym przypadkiem są inwestycje, gdzie łupem dewelopera pada teren, którego wcześniej nikt nie ważył się zabudować z uwagi na uwarunkowania historyczne. Dzieje się tak często w przypadku parceli, na których stoją obiekty znajdujące się pod ochroną konserwatora zabytków (zwykle zrujnowane). W takich przypadkach pomocną dłoń do dewelopera wyciągają najczęściej „nieznani sprawcy” z zapałkami, za sprawą których zabytek pada ofiarą pożaru. Gdy okazuje się, że nic już się z niego nie da uratować, wówczas nie ma przeszkód, by w jego miejscu stanęło kolejne „blokowisko”.

Dzielnica protestuje, deweloper stawia. Na swoim

W Krakowie niedawno dokonano jeszcze bardziej spektakularnego deweloperskiego podboju – na terenie dawnego lotniska Rakowice-Czyżyny rozpoczęto budowę ogromnego, betonowego molocha z wieżowcami dochodzącymi nawet do 15 pięter. A wszystko to mimo licznych protestów okolicznych mieszkańców. Na nic zdało się także wpisywanie części pasa startowego lotniska do rejestru zabytków – mimo usilnych zabiegów budowa osiedla i tak ruszyła, przez co bezpowrotnie zaprzepaszczona została idea odtworzenia dłuższej części pasa startowego po zamkniętym w 1963 roku porcie lotniczym. Mieszkańcom Krakowa nie udało się obronić swojego lotniska, w przeciwieństwie do berlińczyków, którzy gremialnie sprzeciwili się zabudowie lotniska Tempelhof i tym samym uratowali ten historyczny obiekt.

Dobrze jest jak jest?

Teoretycznie rzecz biorąc wszyscy są zgodni: brak planów zagospodarowania przestrzennego w wielu miastach, chaos architektoniczny i zupełnie nieprzemyślane rozwiązania komunikacyjne to zmora dzisiejszego budownictwa mieszkaniowego. Kiedy jednak przychodzi do wprowadzania zmian w prawie, które mogłyby spowodować poprawę tego stanu rzeczy okazuje się, że nikomu na tym tak naprawdę nie zależy. Bo skoro deweloper stawia blok, a klient kupuje w takim bloku mieszkania, to „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Pytanie jednak: czy władze, które zezwalają deweloperom na budowę bloków na terenach zalewowych, lub na zgliszczach zabytków, różnią się czymś od handlarza, którzy przekręca licznik w samochodzie, by sprzedać go naiwnym? 

Źródła: Lex.pl, debica.pl #nieruchomości #społeczeństwo #gospodarka