Premier #Ewa Kopacz w niezbyt wyszukany sposób poinformowała dziatwę szkolną, że zadbała o przyszłość młodych Polaków. Wszyscy, będąc “w poważnym wieku”, zachowają smukłą sylwetkę i nie będą grubaskami, bo w szkołach nie znajdą już tak zwanego śmieciowego jedzenia. Znikają czipsy i cola, a oferta sklepików szkolnych będzie zawierała wyłącznie produkty zdrowe. Z mało przemyślanej wypowiedzi pani premier, oprócz braku wyobraźni, wynika jawny brak tolerancji oraz dyskryminacja obywateli ze względu na wygląd lub problemy zdrowotne! Czarodziejskie myślenie rządu na temat zachowania szczupłej sylwetki poprzez narzucane odgórnie reformy sklepików i stołówek szkolnych przybrało postać rozporządzenia.

Kilka przykładów zdrowotnych absurdów

Zgodnie z przepisami, #dzieci nie kupią w szkole kanapek z sosami, o ile nie będzie to keczup. Keczup ten musi jednak spełnić przepisową normę, tj. dla wytworzenia 120 g keczupu producent musiał użyć 100 g pomidorów. To dosyć słaba norma dla keczupu, bowiem wielu wiodących producentów zużywa niecałe 150-190 g pomidorów do wytworzenia 100 g keczupu, a mimo to ich produkt zawiera jeszcze zagęstniki (przeważnie skrobia modyfikowana lub guma arabska). Dodawany jest w dużych ilościach cukier, ocet i sól. Niektórzy producenci dodają także konserwanty oraz aromaty i wzmacniacze smaku. Rozporządzenie ani słowem nie zakazuje tych składników.

Kolejnym przepisowym absurdem jest zezwolenie na sprzedaż i wykorzystywanie w przyrządzaniu szkolnych potraw suszonych warzyw i owoców. Minister zdrowia najprawdopodobniej nie wie, czego się używa do zakonserwowania suszonych owoców i warzyw. Najbardziej popularny jest sorbinian potasu przeciw grzybom i drożdżakom oraz silnie trujący przeciwutleniacz o właściwościach bakteriobójczych - dwutlenek siarki (bezwodnik kwasu siarkowego). Im tańszy produkt, tym gorszej jakości warzyw lub owoców użyto do jego wytworzenia oraz tym większa jest zawartość konserwantów i innych dodatków chemicznych, w tym cukru i polepszaczy smaku. Podobne uwagi dotyczą zresztą obydwu załączonych do rozporządzenia wykazów produktów dozwolonych. Wymieniono na przykład produkty mięsne o zawartości co najmniej 70% mięsa bez określenia, czym powinno się charakteryzować pozostałe 30% tego produktu. Dosyć przypomnieć, że nawet rekomendowane przez ministra pełnoziarniste lub razowe pieczywo można wypiec z dodatkiem połowy tablicy Mendelejewa.

Sklepiki i stołówki poza terenem szkoły

Właściciele sklepików szkolnych informują, że w krótkim czasie będą musieli zamknąć działalność. Spełnienie warunków rozporządzenia (np. wymóg słodzenia naturalnym miodem pszczelim) to, po pierwsze, wyższe ceny, a po drugie - znaczny spadek zainteresowania zakupami ze strony uczniów. Dzieci swobodnie mogą się przecież zaopatrywać w dowolnie wybranym barze fastfood albo w sklepie po drodze do lub ze szkoły. Mogą wreszcie przynosić niepożądane produkty i kanapki z domu, bo zakazu nie ma.

Dla kogo będzie to gratka? Słychać głosy o intratnym interesie, jaki można zrobić stawiając w szkole… automat ze zdrową żywnością. Drugim pomysłem na obejście przepisów jest przeniesienie sklepiku lub stołówki poza teren szkoły, gdzie rozporządzenie ministra zdrowia przestaje obowiązywać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Rozporządzenie dotyczy bowiem wyłącznie produktów i potraw sprzedawanych i podawanych dzieciom i młodzieży “w jednostkach systemu oświaty”. Brawo.

Źródła: natemat.pl, tvn24.pl #odżywianie