Marek to mężczyzna po pięćdziesiątce. Miły, inteligentny, wykształcony i kulturalny. Jest fachowcem w swoim zawodzie, z dużym bagażem doświadczeń w pracy dla znanej i poważanej na całym świecie firmy. Połowę swojego życia spędził poza granicami kraju. Kiedy jego dzieci odeszły z domu i małżeństwo rozsypało się jak domek z kart, postanowił wrócić do Polski. Cały majątek i oszczędności oddał byłej żonie i dzieciom. Wsiadł w samochód i wrócił w rodzinne strony.

Początki bywają trudne

Marek wynajął mieszkanie w pobliżu swoich starszych rodziców. Wziął pierwszą lepszą pracę, jaka się nadarzyła, bo nie przywykł do bezczynności. Chciał pracować i jednocześnie poszukiwać lepiej płatnego zajęcia, ponieważ koszt wynajmu kawalerki niewiele różnił się od jego zarobku. Po wielu nieudanych próbach znalezienia innej pracy sprzedał swój wypieszczony samochód. Pieniądze złożył na koncie i co miesiąc opłacał z nich mieszkanie, a wydatki na utrzymanie pokrywał z niewielkiej wypłaty. Pracował ciężko i sumiennie, dzielił się pomysłami na ulepszenie wytwarzanego produktu, napisał kilka projektów. Zbliżał się koniec umowy, dlatego Marek poszedł do pracodawcy wynegocjować nowe warunki, przedstawiając swoje osiągnięcia i ponadprzeciętną opinię z całego okresu pracy w firmie. Pracodawca nie kontynuował współpracy.

Drugie podejście

Marek znalazł sobie drugą pracę. Podpisał umowę na stałe i na lepszych warunkach finansowych oraz wynegocjował podwyżkę po roku nienagannej działalności. W ustalonym terminie udał się do pracodawcy po obiecane pieniądze. Prezes wpadł w furię, a potem przez kilka miesięcy wydawał Markowi polecenia, których nie byłby w stanie wypełnić żaden z pracowników. Marek w końcu ciężko się rozchorował. Po wielomiesięcznym leczeniu, przed rozpoczęciem pracy ponownie poszedł do gabinetu prezesa. Zamiast podwyżki otrzymał natychmiastowe wypowiedzenie – z powodu długotrwałej choroby. Takie prawo.

Bezrobocie

Od ponad roku Marek jest bezrobotny, skończył mu się zasiłek i pieniądze ze sprzedaży samochodu. Pokazuje zaświadczenia o ukończonych szkoleniach, na które był kierowany przez urząd pracy, a które niczego nie zmieniły w jego sytuacji. Na własną rękę odwiedził kilkaset zakładów pracy, wysłał setki listów motywacyjnych oraz zdobył najdziwniejsze doświadczenie w swoim życiu – rozmowy wstępne z polskimi pracodawcami. Kilka dni temu urząd pracy skierował go do kolejnej firmy. Jak mówił „doradca zawodowy”, firma jest pewna, właśnie otrzymała dofinansowanie na utworzenie dwóch stanowisk pracy, płaci uczciwie. Potrzebny jest pracownik zaopatrzenia z umiejętnością montażu. Czego? Doradca nie wiedział, ale kazał umówić się telefonicznie na rozmowę. Przez dwa dni Marek usiłował skontaktować się z firmą. Kolejnego dnia w końcu ktoś odebrał telefon i mężczyzna dowiedział się, że ma odczekać jeszcze dwa dni, bo właścicielki nie ma. Jak wróci, to do Marka od razu zadzwoni i wtedy na pewno się umówią. Nie zadzwoniła.

Pracodawca

Marek wybrał się do firmy osobiście, choć to jego zdaniem niegrzecznie tak bez uprzedzenia kogoś nachodzić. Zastał w biurze właścicielkę. Pani nie miała pojęcia, że oczekiwał na jej telefon, ale niech się Marek nie przejmuje, ona po prostu „ma Sajgon” i „jest wiecznie zakręcona”. Poza tym, bez obrazy, ale jej „jest potrzebny młody, silny byczek”, a nie Marek po pięćdziesiątce i kilku innych jemu podobnych, których urząd pracy również tutaj skierował. Ona „robi roboty” w całej Polsce, zawozi pracowników na miejsce, opłaca im kwatery i jeden gorący posiłek dziennie. „Chłopaki walczą po 12-14 godzin, bo chcą zarobić. Ja oficjalnie wymagam ośmiu godzin pracy, ale płacę od wykonanej roboty. Dlatego chłopakom zależy, żeby szybko skończyć. Nawet młodzi nie dają rady i odchodzą”.

Marek mówi: „Ja też odchodzę. Pakuję walizki i jadę z powrotem do normalności. Polska to już nie jest mój kraj, drugi raz tu nie wrócę”.

Właścicielka firmy odmówiła komentarza. #praca #emigracje #polskie prawo