Problemy chorych na nowotwory są bardzo bliskie wielu wybitnym specjalistom. Pozwolę sobie wyróżnić jednego z nich, mianowicie prof. dr. hab. n. med. Tadeusza Pieńkowskiego, który jest onkologiem, kierownikiem Kliniki Onkologii CMPK w Europejskim Centrum Zdrowia w Otwocku oraz prezesem Polskiego Towarzystwa do Badań nad Rakiem Piersi, a także członkiem wielu międzynarodowych organizacji jak: American Society of Clinical Oncology, European Society of Medical Oncology, Fondazione Michelangelo, Cancer International Research Group. Wymieniłam wszystkie te instytucje, placówki i organizacje, żeby podkreślić zaangażowanie tego specjalisty w to, żeby pacjentki z Polski mogły być leczone zgodnie ze światowymi standardami i najnowszym stanem wiedzy. 
Pozwolę sobie na jeszcze więcej prywaty. W czasie opowiadania historii jednej ze swoich pacjentek prof. Pieńkowski doprowadził mnie do łez. Kiedy po moich policzkach płynęła mieszanina słonej cieczy zabarwionej cieniami do oczu i tuszem do rzęs, a serce biło mocniej, w mózgu rysował się obraz ocalonej rodziny. Wzruszyła mnie historia kobiety, matki; u której wykryto bardzo złośliwego raka piersi. Pacjentka zgodziła się na zaproponowaną przez profesora i - jak na tamte czasy -nowatorską terapię. Jednym z jej skutków ubocznych, o których profesor nie zawahał się powiedzieć swojej pacjentce (choć tak naprawdę walczył o jej życie) miała być bezpłodność. Napisałam miała, bo okazało się, że kobieta przeżyła i… po reemisji zaszłą w ciążę (!). Onkolog przyznał mi się, że kiedy kobieta odwiedziła go z wyraźnie widocznym ciążowym brzuszkiem omal nie spadł z krzesła i długo przecierał oczy ze zdziwienia.

Życie po chorobie nowotworowej to nadal walka

Na ratowaniu życia pacjentek zasługi profesora się nie kończą. Ten ceniony onkolog myśli nie tylko o zdrowiu, ale i o życiu chorych. I to zarówno w czasie leczenia, jak i po jego zakończeniu. Czego dowodem jest to, że od lat walczy o lepszą organizację procesu leczenia w Polsce (liczne spotkania w ministerstwie zdrowia, udział w obradach sejmowej komisji zdrowia, itp.) oraz o to, żeby pacjenci, bo nie tylko o kobiety przecież tutaj chodzi, nie byli stygmatyzowani jako ci, którzy mieli raka.

Profesor, słusznie zwraca uwagę, że w czasie leczenia nikt nie troszczy się o to, że chor/a/y jest często jedynym żywicielem rodziny, że z powodu nadmiaru obowiązków (dzieci, praca) lub odległości jaka dzieli ją/go od placówki medycznej może nie dotrzeć na kolejną chemię.

Z kolei pracodawcy często nie chcą awansować czy inwestować w swoich bardzo dobrych pracowników tylko dlatego, że kiedyś chorowali na raka. Tłumaczą się, że przecież bywa i tak, że choroba powraca. Czyli trauma choroby ciągnie się za człowiekiem nawet po chorobie.

 fot. do artykułu: Flickr/ Yale Rosen  #społeczeństwo