Kilka wydawnictw, w tym Znak zdecydowało się na publikację książek z PKiN w roli świadka wydarzeń, ludzkich historii. Rozmawiam z Beatą Chomątowską, autorką książki "Pałac. Biografia intymna".

Aleksandra Siedlecka: Mam swoją teorię na temat tego dlaczego ludzie piszą. Otóż, każdy autor pisze, żeby zaspokoić jakąś potrzebę lub nawet kilka potrzeb naraz (manifestu, wiedzy, poznania historii, zrozumienia, podzielenia się..). Napisała Pani tę książkę, żeby zaspokoić …?

Beata Chomątowska: Pomysł na książkę poddało wydawnictwo Znak, więc w tym przypadku, w przeciwieństwie do trzech wcześniejszych, sytuacja z pisaniem była zupełnie inna - tematy poprzednich sama wymyśliłam. Wolę wpadać na nowe pomysły niż powielać już istniejące, ale w tym przypadku ten ograny już temat był sporą pokusą, dlatego, że większość autorów, którzy pisali dotąd o Pałacu, zrobiła to w bardzo podobny sposób. Kuszącym wyzwaniem było więc przedstawienie go inaczej, po swojemu. Równie kusząca, trochę w perwersyjny sposób, była dla mnie możliwość napisania o najważniejszym warszawskim symbolu jako dla osoby urodzonej i wychowanej w Krakowie - w Warszawie mieszkam od dekady.

Kiedy wydawnictwo wyszło z taką propozycją, byłam świeżo po napisaniu pierwszej książki "Stacja Muranów" i wydaje się, że gdzieś w tle była perspektywa stworzenia czegoś podobnego o Pałacu, ale gdy zaczęłam myśleć o tym na poważnie, szybko stało się jasne, że nie chcę powielać tamtego podejścia - nie umiałabym napisać kolejnej książki w podobny sposób, tym bardziej, że do Muranowa na etapie pisania miałam jednak mocno emocjonalny stosunek, do Pałacu podchodziłam z dystansem, na zimno. Punktem wyjścia w myśleniu o tej książce było więc uświadomienie sobie, że w Pałacu, jak w żadnym innym budynku, odbija się ostatnie 60 lat historii Polski - i że trzeba przede wszystkim to pokazać, ale pokazać poprzez konkretne ludzkie historie, tak by nadać tej mnogości wydarzeń pewną uporządkowaną strukturę, a jednocześnie opisać je w taki sposób, by były zrozumiałe nie tylko dla warszawiaka, czy Polaka zorientowanego w historii budynku, ale nawet dla obcokrajowca.

Co miało największy wpływ na to jak "wygląda" ta #książka?

Pewnym wzorcem były dla mnie anglojęzyczne biografie różnych miast, choćby książka "Berlin Now" Petera Schneidera, w której poprzez kilkanaście historii pokazuje on dzieje Berlina po upadku muru, ale również ze spojrzeniem wstecz. Była to więc też potrzeba wypełnienia pewnej luki w pisaniu o Pałacu, która - jak mi się wydaje - istniała, a również zmierzenia się z wyzwaniem pisania o budynku, o którym pisał niemal każdy dziennikarz w Polsce.

Początkowo chciałam podejść do Pałacu kodem architektoniczno-symbolicznym - poprzez poszczególne piętra, przyporządkowując im określone historie, ale potem zarzuciłam ten zamiar - po pierwsze, nie chciałam pisać książki o skrzywieniu architektonicznym, po drugie - dobór historii pod rozkład budynku byłby sztuczny i mógłby skończyć się niepowodzeniem. Zaczęłam więc szukać takich, które pokazywałyby kolejne etapy jego historii w niestandardowy sposób. Niektóre przyszły same, inne (jak historię Sigalinów) miałam już w głowie wcześniej.

Na pewno chciałam pokazać też, że "nic nie jest do końca takim, jakim się wydaje" - tak samo z budową Pałacu, nie wszystko jest tam jednoznaczne jak wynikałoby z prostych przekazów: z jednej strony narzucony dar, z drugiej - autentyczny często entuzjazm ludzi, którzy go budowali, powikłane motywy osobiste, które stały za rozmaitymi życiowymi wyborami.

Wiem, że książka zawiera dziewięć historii. Dlaczego dziewięć i czy łączy je tytułowa intymność? Przypuszczam, że mogło ich być więcej.

Dziewięć to przypadek, liczba bez specjalnego znaczenia, początkowo historii miało być dwanaście, ale termin wydania (rocznica Pałacu) zdeterminował tempo prac i stanęło na dziewięciu, z dwunastoma bym nie zdążyła. Prozaiczny powód. Łączy je to, że to ich bohaterowie są na pierwszym planie, Pałac na drugim, skupiamy się na indywidualnych historiach, a on się w nich odbija - stąd tytułowa intymność.

Ile jest Pani w tej książce lub gdzie jest Pani w tej książce?

To jest trudne pytanie - autor jest wszędzie i zarazem nigdzie, jeśli gdzieś więc tutaj w tym przypadku jestem, to obserwatorem czy też niewidzialnym okiem, starającym się opisać historie innych - w przeciwieństwie do "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie", gdzie w narratorce jest sporo z autorki, przefiltrowanej literacko i przez jej własną perspektywę postrzegania siebie z innego okresu w życiu. Nie chciałam zajmować tą książką stanowiska wobec Pałacu, tylko opisać możliwie najwierniej jego historię poprzez historie bohaterów.

Co Pani czuła, kiedy książka była już gotowa?

Czułam ulgę i ogromne zmęczenie. Niestety jej pisanie było potężną harówką, bo mogłam się zajmować pisaniem tylko po godzinach i w weekendy - pracuję na etacie, współpracuję też z dwoma tytułami prasowymi i żeby musiałam narzucić sobie ostrą dyscyplinę, kosztowało mnie to sporo wyrzeczeń. To był oczywiście świadomy wybór, jak przy trzech poprzednich - rodzaj nadrabiania czasu straconego jako dziennikarka pisząca na co dzień o ekonomii, czym zajmowałam się przez ponad dekadę i transformacji w pisarkę. Po skończeniu książki miałam poczucie, że jej nienawidzę - taki rodzaj pisarskiej depresji poporodowej. Jest też tak, że na etapie pisania znajduję się w książce całkowicie, ale kiedy ją kończę, myślami jestem już zupełnie gdzie indziej, przy innych pomysłach i czuję się nieco abstrakcyjnie, opowiadając o czymś, co z perspektywy twórczej zostało zamknięte po postawieniu kropki i uwzględnieniu redakcyjno-korektorskich poprawek.

Nie mogę nie zapytać jakie było Pani pierwsze spotkanie z PKiN. Pamięta je Pani?

Pierwszego spotkania z PKiN nie pamiętam dokładnie, było to na pewno podczas pierwszego wyjazdu do Warszawy, wycieczki z tatą jako mała dziewczynka. Zaliczyliśmy wtedy wszystkie turystyczne miejsca, w tym Łazienki i Pałac, i pamiętam, że siedzieliśmy na ławce przy placu Defilad. Potem Pałac był dla mnie nieodłącznie sklejony z Dworcem Centralnym. Pałac mnie na swój sposób fascynował (lubię socrealizm, architektoniczne utopie i wysokie budynki), lubiłam go, w przeciwieństwie do nieludzkiej przestrzeni placu Defilad.

Czy wyobraża Pani sobie Warszawę bez PKiN? Może robiła Pani w głowie projekcję takiej stolicy?

Nie wyobrażam sobie Warszawy bez PKiN, bo jest jej nieodłącznym elementem, a teraz najbardziej rozpoznawalnym warszawskim symbolem - jak się wydaje, przebił nawet Syrenkę. Poza tym najciekawszy w mieście jest jego organiczny, stopniowy rozwój, nawarstwianie się budynków z kolejnych epok, tworzące razem jeden niepowtarzalny kod. Pałac to jest ostatnie 60 lat naszej historii, nawet jeśli był darem narzuconym, stopniowo wrósł w Warszawę - i jego postrzeganie zmienia się zależnie od kontekstu. Podobnie jak puste miejsca po budynkach i całych kwartałach zniszczonych w czasie wojny, jak osiedle-pomnik w miejscu po getcie, współtworzy powikłaną tożsamość miasta.

Czy jako mieszkanka Warszawy ma Pani poczucie, że Pałac jest dziś dobrze wykorzystywany? Mam na myśli potencjał architektoniczny tego molocha.

Pałac ma niepowtarzalne wnętrza, nieporównywalne z żadnym innym biurowcem, jak wielkie sale - np. salę Starzyńskiego, Marmurową, Kisielewskiego - czasem wynajmowane są na bankiety czy inne wydarzenia komercyjne, ale też często stoją puste - trochę szkoda. Ale nie mam pojęcia, jak można by je lepiej wykorzystać, nie czuję się kompetentna żeby wchodzić w rolę doradcy zarządu PKiN.

Beata Chomątowska, pisarka i dziennikarka, założycielka Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych Stacja Muranów. Pracowała m.in. w krakowskim "Dzienniku Polskim", "Pulsie Biznesu", "Rzeczpospolitej". Obecnie współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym", "Gazetą Wyborczą Stołeczną" i Muzeum Historii Żydów Polskich. #Kultura Warszawa