Anna Kołakowska, która uczy historii w szkole podstawowej w Gdańsku, 30 maja zaprotestowała przeciwko pierwszemu gdańskiemu marszowi równości. Wspólnie ze swoją rodziną wzięła udział w kontrmanifestacji, a następnie usiadła na środku ulicy. Marsz równości musiał się zatrzymać na kilkanaście minut. Teraz Annie Kołakowskiej grożą surowe konsekwencje.

Gdańsk, 30 maja

W tym dniu gdańskimi ulicami przeszły dwie manifestacje. Jako pierwszy odbył się niewielki pochód osób sprzeciwiających się równouprawnieniu dla środowisk spod znaku tęczy i ich promowaniu. Godzinę później rozpoczął się przemarsz środowisk LGBT i mieszkańców popierających ich dążenia. Kolorowy orszak zagrzewał do marszu Robert Biedroń, prezydent Słupska, który szedł po "wolność, równość i solidarność".

Anna Kołakowska, nauczycielka historii i radna z ramienia PiS wzięła udział w marszu zorganizowanym przez narodowców i ich sympatyków. Kilka osób doprowadziło następnie do zablokowania trasy tęczowej parady, kładąc się lub siadając na jezdni. Interweniowała policja. Cztery osoby zatrzymano za zakłócanie legalnego zgromadzenia, co stanowi wykroczenie. Doszło jeszcze do kilku mniejszych incydentów.

Dyrektorka szkoły stanęła za pracownikiem i także będzie miała nieprzyjemności

Siedząca ze swoją rodziną na ulicy Anna Kołakowska jest nauczycielką historii ze Szkoły Podstawowej nr 65 w Gdańsku. Oburzona całą sprawą Gazeta Wyborcza niezwłocznie przypuściła atak, domagając się przykładnego ukarania nauczycielki. Dyrektorka szkoły nie ma jednak nic do zarzucenia swojemu pracownikowi i nie zamierza podejmować żadnych działań na podstawie doniesień medialnych. Postawa dyrektorki także została przez Gazetę napiętnowana. Żądania oscylują wokół najcięższych kar dyscyplinarnych, w tym zwolnienia z pracy lub wydalenia z zawodu. Zdaniem niektórych, nauczyciel nie ma prawa do wyrażania własnych poglądów nie tylko w pracy, ale i w czasie prywatnym. Nauczyciela nie obowiązuje prawo swobody wypowiedzi.

"Komitet poparcia" dla Anny Kołakowskiej

Dyrektorka szkoły odbyła nieprzyjemną rozmowę z wiceprezydentem Gdańska, który potraktował ją w sposób urągający urzędowi. Mówił podniesionym głosem, krzyczał oraz wypytywał o prywatne sprawy. Rzecznik magistratu podaje, że dyrektorce grozi zwolnienie z pracy z powodu zaniechania, jakiego miała się dopuścić odmawiając ukarania Anny Kołakowskiej. Sprawa odbija się coraz głośniejszym echem w mediach oraz wśród społeczeństwa. Głosy poparcia dla Anny Kołakowskiej i dyrektorki szkoły płyną szerokim strumieniem. Obydwie panie mają zresztą bardzo dobrą opinię jako osoby profesjonalnie dbające o wiedzę i dobre wychowanie swoich uczniów. Rozpoczęto kampanię nacisku na gdańskich urzędników w formie telefonów oraz maili i listów popierających postawę obydwu pań.

Ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta. Wojewoda pomorski spotkał się z rzecznikiem dyscyplinarnym nauczycieli w celu omówienia całej sprawy. W przypadku podjęcia postępowania wyjaśniającego, rzecznik dyscyplinarny będzie miał trzy miesiące na rozpatrzenie sprawy niepokornych i nietolerancyjnych wobec inności nauczycielek. Będzie musiał jednoznacznie ustalić, czy dopuściły się uchybienia godności zawodu lub swoim obowiązkom. Ponadto, kurator oświaty na wniosek wojewody ma się bliżej przyjrzeć szkole, w której obydwie panie są zatrudnione.

Źródła: portal samorządowy, TVN24, Radio Gdańsk, gazeta.pl #szkoła #prawa człowieka #gender