Adam Sęczkowski: Jest Pan absolwentem filologii polskiej o specjalności dziennikarstwo na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Co zainspirowało Pana do zmiany drogi zawodowej?

Bodo Kox: Nie wybrałem tej drogi zawodowej z miłości do dziennikarstwa. Po prostu nie było tam egzaminów pisemnych, których się zawsze bałem. Trzeba było gadać, a w tej materii jestem dobry. Od zawsze parałem się bardziej artystycznymi zajęciami jak pisanie wierszy, opowiadań, malowanie. Chciałem zostać gwiazdą rocka, ale też nie wyszło i dopiero jak zacząłem się interesować filmem i zrobiłem #film na podstawie swojego opowiadania „Crime Story” razem z kolegą Jackiem Chamotem to złapałem tzw.

Reklamy
Reklamy

„bakcyla”. Poszukiwałem i próbowałem różnych form wypowiedzi, ale film mnie najbardziej do siebie przekonał.

Kino niezależne a mainstream

Uchodzi Pan za ikonę polskiego kina niezależnego. Jak Pan się czuje. słysząc takie określenie?

- Z punktu widzenia PR-owego nie należy dementować, tylko przytakiwać z uśmieszkiem pod nosem. Nie przywiązuję dużej wagi do takich określeń. Dobrze jak ludzie mówią, że coś ważnego osiągnąłem w tym kinie, ale opinie to nie jest to coś, czym bym się zajmował na co dzień.

Czy z produkcji offowych ciężko było żyć?

- No było. Osiągnąłem jakby dno i musiałem iść do szkoły, gdzie dostaje się pieniądze na filmy.

W jednym roku trafił Pan do dwóch szkół filmowych: PWSFTviT im. L. Schillera w Łodzi oraz Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. W jakim stopniu doświadczenie, które Pan już posiadał pomogło Panu w egzaminach na studiach?

- Te egzaminy były dość umowne.

Reklamy

Do Łodzi mnie przeczołgali chyba po to, że to był rodzaj takiej „fuksówki”, a do szkoły Andrzeja Wajdy miałem, oprócz jakichś merytorycznych rozmów na temat tekstów, które przyniosłem, jakąś scenkę wyreżyserować. Wyznaję zasadę, że trzeba być prawdziwym. Jeżeli się wierzy w to, nad czym się pracuje, to po prostu tego bronić i uczciwie o tym opowiadać. Nie należy niczego udawać, warto być sobą. Poza tym w szkołach artystycznych to nie jest ważne jak się jest przygotowanym tylko czy ma się osobowość i takiego „czuja”. Wykładowcy są tak doświadczeni, że wiedzą czy ktoś ma coś do powiedzenia, czy nie ma.

W 2005 roku na 30. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni odbierając wyróżnienie za role w filmach "Homo Father" Piotra Matwiejczyka i "Ugór" Dominika Matwiejczyka powiedział Pan do zasiadających na widowni profesjonalnych filmowców: "#kino niezależne rośnie w siłę. Dogonimy was!", a jednak filmem „Dziewczynie z szafy” pożegnał się Pan z kinem niezależnym przechodząc do mainstreamu.

- To prawda ponieważ byłem wtedy dużo bardziej bezczelny i nonszalancki niż teraz.

Reklamy

Tamto kino niezależne, które było na naprawdę niezłym poziomie, próbowało mierzyć się z wieloma trudnościami. Niestety te wszystkie próby były bardzo karkołomne. Dzisiaj jest już dużo lepiej, chociaż i tak mainstream wygrywa, a przewagę dają mu po prostu pieniądze. Nie jest ważne w jakiej jestem szufladzie dla kogoś czy dla siebie. Dla mnie jest ważne czy ja realizuję projekt, który chcę realizować czy nie i jest mi obojętne wtedy, czy nazwą to mainstreamem, offem, czy amatorką. Ja pragnę robić wartościowe filmy.

Z drugiej strony podkreśla Pan, że w mainstreamie dużo mniejsza jest niezależność. Jak bardzo zmieniła się niezależność artystyczna Bodo Koxa po odejściu od kina offowego?

- Zarówno przy debiucie jak i teraz przy drugim filmie miałem to szczęście pracować z producentami, którzy są otwarci na mnie, nie narzucają mi artystycznych rozwiązań. Jeżeli zdarzy się tak, że mają jakieś inne wizje to podejmujemy dyskusje na ten temat. Jeśli ktoś mnie przekona to mogę zgodzić się z jego stanowiskiem. Nie jestem jakimś upartym typem (śmiech). Wolałbym mieć mniej pieniędzy, a większą niezależność artystyczną, aniżeli dużo pieniędzy i mieć niewiele do powiedzenia choćby w kwestii obsady filmu. Uważam, że nie straciłem niezależności artystycznej, ale straciłem pełną niezależność jeśli chodzi o losy filmu, gdyż oddaje się prawa producentowi. Przyznam jednak, że pracuję nad tym, aby w przyszłości mieć większy wpływ także na to.

Chciał Pan zostać gwiazdą rocka, ale to się nie udało. W jednym z wywiadów powiedział Pan, że ubolewa, że nie może wykorzystywać w filmach swojej ulubionej muzyki, gdyż „prawa są kosmicznie drogie”. Muzykę jakich wykonawców ma Pan na myśli?

- W filmie pt. „Człowiek z magicznym pudełkiem” spełniło się jedno z moim najskrytszych życzeń, ponieważ w filmie pojawił się jeden z moich ukochanych polskich utworów tj. „Krakowski Spleen” zespołu Maanam. Ponadto piękną muzykę napisał kompozytor Sandro Di Stefano. Bardzo chętnie wykorzystałbym twórczość Radiohead czy Dead Can Dance. Wiele utworów jest niestety poza moim zasięgiem. Na szczęście wspomniany kawałek Maanamu udało się kupić i niezmiernie się z tego cieszę.

"Dziewczyna z szafy" to jeden z najciekawszych debiutów ostatnich lat. W filmie wyraźnie czuć inspirację kinem skandynawskim i czeskim. Czy scenariusz powstał np. po obejrzeniu jakiegoś filmu z tych rejonów Europy?

- Tak. Można znaleźć wiele elementów zaczerpniętych z tego kina. Dużo oglądałem wtedy filmów skandynawskich jak np. „Fucking Amal”, Człowiek bez przeszłości”, 101 Reykjavik”, „Noi Albinoi” czy „Zakochani widzą słonie”. Nasiąknąłem tą atmosferą zimnego kina skandynawskiego. Twórcy o sprawach poważnych potrafią mówić w ironiczny, ale mądry sposób.

'Człowiek z magicznym pudełkiem'

Dziś rozmawiamy ze sobą tuż po projekcji filmu „Człowiek z magicznym pudełkiem” w ramach Forum Kina Europejskiego Cinergia w Łodzi. Skąd u Pana pomysł na film science fiction? To nie jest popularny gatunek w polskiej kinematografii.

- Ten gatunek sam do mnie przyszedł. To historia faceta, który znajduje radio grające melodie przeszłości, mężczyzna potem wychodzi ze swego ciała i odbywa podróże astralne. Fabuła zatem musiała dotykać science fiction. Kino gatunkowe w Polsce dopiero zaczyna się kształtować. Podejmowane są próby, aby robić thrillery, filmy sensacyjne czy science fiction. Mam nadzieję, że nie zostanie przerwane to działanie i moje koleżanki i koledzy będą tworzyć w różnych gatunkach, bo kino gatunkowe jest bardzo ponętne.

Obraz ukazuje uczucie dwojga ludzi poza czasem i przestrzenią. Czy prywatnie Bodo Kox chciałby zakochać się w takiej postaci jak Goria?

- Tu mnie Pan zaskoczył (śmiech). Nie myślałem o tym. Postać Gorii jest zlepkiem osobowości moich byłych dziewczyn i kochanek. Nawet niektóre kwestie wypowiadane przez bohaterkę są słowami, które prywatnie kiedyś usłyszałem. Nie lubię kobiet-mimoz. Lubię silne, wyraziste kobiety, a Goria taka jest.

Człowiek z magicznym pudełkiem” to film także o pragnieniu bycia gdzie indziej. Wydaje nam się, że lepiej jest tam, gdzie nas nie ma". Dlaczego tak często nie doceniamy tego, co dzieje się dookoła nas?

- Ja osobiście doceniam to, co mam. Z jednej strony mam niewiele, ale patrząc na to trochę inaczej to tak naprawdę mam bardzo dużo. Myślę, że ludzie mają odwieczne pragnienie wychodzenia poza własne podwórko - stąd mamy odkrywców, wynalazców. To jest piękna cecha naszej ludzkiej rasy. Wydaje nam się, że gdzieś będzie lepiej niż tutaj jest. Wszyscy szukają innego miejsca, ale czy będzie ono lepsze? Często niestety nie.

Czy istnieją jakieś reguły, którymi kieruje się Pan przy ustalaniu obsady aktorskiej?

- Muszę czuć, że aktor da swoją grą to, czego ja oczekuję. Jeśli para ma grać np. małżeństwo to muszą się też prywatnie lubić. Aktorzy nie mogą się do siebie zmuszać, bo widz to zobaczy.

Czy ciężko było namówić Olgę Bołądź do współpracy?

- Na szczęście udało się bez długiego namawiania.

Pańska córka Roma wystąpiła w filmie „Człowiek z magicznym pudełkiem” w roli małej Urszuli Stefańskiej. Czy chciałby Pan, aby związała swoją przyszłość z X Muzą?

- Mówi się, że jak być artystą to wybitnym. Ona ma mamę i tatę artystów, więc to jest dla niej naturalne środowisko. Na pewno chciałbym, aby była szczęśliwa i zadowolona ze swojego życia. W każdej drodze, którą wybierze będę jej kibicował. Gdyby chciała wybrać aktorstwo, to będę ją ostrzegał, że jest to bardzo trudny zawód. Na razie nie widzę, żeby ją to bardzo kręciło. Lubi się wygłupiać i występować na imprezach towarzyskich, ale nie czuję, aby złapała jakiegoś bakcyla. Zresztą ostatnio mówiła o weterynarii, a ma dopiero siedem lat (śmiech).

Jest Pan reżyserem, ale jako aktor wystąpił Pan m.in. w kilku produkcjach reż. Dominika Matwiejczyka i Piotra Matwiejczyka, a także w filmie „Wojna polsko-ruska” w reż. Xawerego Żuławskiego. W której roli czuje się Pan lepiej?

- W ogóle nie uważam się za aktora. Kilka razy bawiłem się w aktorstwo, ale mam szacunek do tego zawodu więc nie będę nim się nazywał. Zdecydowanie jestem filmowcem, reżyserem, scenarzystą.

Ulgi podatkowe dla producentów zagranicznych

Jest Pan zwolennikiem wprowadzenia w Polsce ulg podatkowych dla producentów zagranicznych. Wśród krajów europejskich jedynie w Polsce, Szwecji i Finlandii nie funkcjonują takie mechanizmy finansowych zachęt. Co według Pana należy zrobić, aby przekonać Ministerstwo Finansów do zmian?

- Uważam, że trzeba przekonać naszych starszych kolegów, którzy „trzęsą” polskim kinem do zmian. „Leśnym dziadkom” to się nie opłaci bo wiedzą, że w konkurencji z młodymi, prężnymi ludźmi nie mają szans. Uważam, że mają już na tyle dużo, że mogliby się tym „tortem” podzielić. Lepiej się dzielić i dać każdemu po trochu niż tworzyć taką sztuczną sytuację i nie dopuszczać reszty. Jest wielu młodych ludzi, którzy mają świetne pomysły, ale nie mogą tworzyć, bo niektóre stanowiska zajmują osoby, które są na wysokiej emeryturze, a jeszcze pracują i blokują te stanowiska. Takie działania hamują rozwój, a powinniśmy się rozwijać w każdej dziedzinie czy to w kulturze, ekonomii czy wojskowości.

Oglądając Pańskie filmowe dzieła odnajduję u Pana olbrzymie pokłady fantazji i oryginalności. Jakie są Pana plany na najbliższą przyszłość filmową? Ma Pan już pomysł na kolejną produkcję?

- Dziękuję. To bardzo miłe, co Pan powiedział. Chcę rozpisać pierwsze wersje trzech scenariuszy; arthouse, komedia i czarna komedia/thriller.

Czy pomyśli Pan, żeby któryś z filmów był nakręcony w Łodzi?

- Nie wykluczam tego. Łódź ma dużo fantastycznych miejsc do zaoferowania. Wszystko zależy od pieniędzy i logistyki.

Czego mogę Panu życzyć na zakończenie naszego spotkania?

- Dużo zdrowia i spokojnego, dobrego życia.

Tego zatem życzę i mam nadzieję do zobaczenia.

- Ja także Panu bardzo dziękuję i pozdrawiam Pana i czytelników.

źródło: własne Autora

Kopiowanie i wykorzystywanie treści opublikowanych na blastingnews.com bez pisemnej zgody Blasting Sagl zabronione. #kultura