Co wspólnego będzie miał drugi sezon przebojowego "Detektywa" z pierwszym? Niewiele.

Fabuła nie jest kontynuacją ani retrospekcją losów Rusta Cohle'a i Marty'ego Harta. Akcja nie rozgrywa się już w Luizjanie, ale w Kalifornii. Na ekranie pojawiła się zupełnie nowa obsada, a za kamerą stanął inny reżyser. Stołek zachował tylko scenarzysta Nic Pizzolatto, który znowu serwuje nam mroczną, ponurą historię o gliniarzach na tropie mordercy.

Gruba kreska

Decyzja twórców jest dość odważna. Mogli przecież pójść na łatwiznę i pokazać, jak Matthew McConaughey i Woody Harrelson tropią ostatnich niedobitków z Carcosy. Przecież finał pierwszego sezonu dopuszczał takie rozwinięcie, nie wszyscy mordercy zostali schwytani. 

Historia jednak została domknięta, detektywi pogodzili się ze sobą i ze światem. W posępnej Luizjanie zamigotało światełko w tunelu, pora więc najwyższa, aby zakończyć opowieść.

Pierwsze wrażenia

W drugim sezonie "Detektywa" odczuwalna jest podobna kreska i klimat. Intro utrzymane jest w identycznej stylistyce i tak samo, jak w pierwszej serii, nikt nie wylewa za kołnierz. Znowu ma się wrażenie, że mimo, iż w okolicy czai się groźny morderca, to tak naprawdę najgroźniejsi dla bohaterów są oni sami. Staczają się po linii pochyłej w alkoholizm, przemoc i zdradę. I chyba mało który z widzów odgadłby, że akcja przeniosła się do Kalifornii: w "Detektywie" próżno wyszukiwać opalonych plażowiczek i rozradowanego Hollywood. Po raz kolejny zwiedzamy speluny, burdele i sekty.

Jak na razie trudno coś konkretnego nowemu "Detektywowi" zarzucić. Poznaliśmy główne postaci, odfajkowano pierwsze morderstwo, a w następnych odcinkach będziemy mieć śledztwo. Widać, że za produkcję zabrali się fachowcy, zatrudniono doborową obsadę, a wszystko okraszono porządną muzyką. 

Fabuła jednak - co tu dużo ukrywać - nie wciąga tak jak w pierwszym sezonie. Chemia między bohaterami poprzedniej serii była odczuwalna od razu. Już w pierwszych minutach starannie budowano legendę Rusta Cohle'a. Mroczny i błyskotliwy McConaughey świetnie skontrastował z prostym i zdroworozsądkowym Woodym Harelssonem. Bohaterowie po prostu przykuwali uwagę widzów i po następne odcinki sięgaliśmy po to, aby poznać dalsze losy śledztwa oraz koleje ich niejednoznacznej relacji.

W drugim sezonie żadnego ciekawego spięcia na razie nie było, bohaterowie samotnie podążają własnymi ścieżkami i piją głównie do lustra. Można również odnieść wrażenie, że twórcy momentami popadają w autopastisz: policjant grany przez Colina Farrella pije whiskey przynajmniej równie szybko, co Rust Cohle piwa, a napadów agresji przez niecałą godzinę miał już tyle, co Marty Hart w całym poprzednim sezonie.

Oglądać i nie narzekać!

Choć twórcy pierwszym odcinkiem raczej nie powalili na kolana, to należy im się spory kredyt zaufania. Wszystko wskazuje na to, że będziemy mieć przyzwoity thriller, a czy będzie miał w sobie to "coś" z pierwszego sezonu, przekonamy się za kilka odcinków.   #serial #celebryci

źródło: filmweb.pl