Hasłem tegorocznej, jubileuszowej edycji konkursu piosenki Eurowizji było budowanie mostów. Szczytnie brzmiąca idea miała przypomnieć Europejczykom o łączącej ich wspólnocie. W trakcie głosowania okazało się jednak, że oprócz docenienia wartości prezentowanych piosenek  pojawiła się wspólnota interesów łączących poszczególne kraje. Mówiąc prościej, sąsiedzi oddają swoje głosy na sąsiadów.

Wygrał faworyt

Tegoroczną edycję konkursu Eurowizji wygrał reprezentant Szwecji Mans Zelmerlow. Szwedzki wokalista jeszcze przed finałem był typowany na zwycięzcę. W głosowaniu pokonał reprezentantkę Rosji Polinę Gagarinę, również wysoko notowaną przez bukmacherów. W kilku momentach głosowania Rosja miała najwyższą liczbę punktów i wydawałoby się, że zwycięstwo konkursu jest w jej kieszeni. Ostatecznie Szwecja wróciła na szczyt podium i zyskała wystarczającą przewagę, by wygrać konkurs, nawet bez głosów trzech ostatnich państw.

Trzeba przyznać, że zwycięstwo Mansa Zelmerlowa było zasłużone. Piosenka "Heroes" szwedzkiego wokalisty była nowoczesna, taneczna i daleka od typowej, eurowizyjnej sztampy. Młody artysta oczarował publiczność w Wiedniu i miliony widzów w całej Europie i Australii. Nie potrzebował do tego wymyślnych efektów specjalnych, kostiumów czy choreografii. Na drugim, stylistycznym biegunie znalazła się piosenka reprezentantki Rosji. Utwór "Million voices" to typowa produkcja na Eurowizję; pompatyczny hymn, śpiewany na tle wymyślnej scenografii. Trudno odmówić rosyjskiej reprezentantce umiejętności wokalnych. Jednak piosenka w jej wykonaniu równie szybko wpada do ucha jak i z niego wylatuje, a z utworu nie da się zanucić nawet refrenu.

Lekcja muzyki czy geografii?

Dlatego wielu widzów z ulgą przyjęła fakt, że przyszłoroczna edycja konkursu Eurowizji odbędzie się w Sztokholmie. Zdecydowały o tym ich głosy oddawane w elektronicznym plebiscycie. O ilości punktów, przyznawanych później w takcie oficjalnej gali nie decyduje jedynie wybór widzów. Ostateczna punktacja w połowie składa się także z głosów krajowych jurorów. #Eurowizja jest oczywiście imprezą rozrywkową, w której głównym celem powinna być muzyka i dobra zabawa. Obserwując głosowanie trudno jednak nie dostrzec, że oddawanie poszczególnych głosów bywa podyktowane polityką. Skoro hasłem tegorocznej edycji było budowanie mostów pomiędzy krajami, to okazały się one dosyć krótkie i przerzucane najczęściej pomiędzy sąsiadami. Takich przypadków w tegorocznym głosowaniu było mnóstwo. Dla przykładu: Serbia dała najwyższą notę Czarnogórze, a ta odwdzięczyła się Serbii tym samym. Grecja głosowała na Cypr, Albania na Włochy, Azerbejdżan na Rosję, Mołdawia na Rumunię. Może się więc wydawać, że na gusta muzyczne jurorów poszczególnych państw najmocniej wpływa geografia.

Polska znów na szarym końcu

Jak w głosowaniu wypadła Polska? Bardzo słabo. Na naszą reprezentantkę nie oddali swoich głosów nawet nasi sąsiedzi. #Monika Kuszyńska zaprezentowała się w konkursie naprawdę dobrze. Jej wcześniejszy, czwartkowy występ otworzył drogę do finału, jednak tu nie udało się powtórzyć sukcesu. Utwór "In the Name of Love" zdobył zaledwie kilka punktów i znalazł się na szarym końcu klasyfikacji. Monika Kuszyńska w swój występ na Eurowizji włożyła wiele pracy i za to należy jej się wielkie uznanie. Należy chyba się jednak przyzwyczaić, że Polska w konkursie nie odnosi wielkich sukcesów. Póki co pozostaje nam wspominać drugie miejsce Edyty Górniak na jednej z poprzednich edycji konkursu i liczyć, że kiedyś polskiemu artyście uda się zaprezentować z większym powodzeniem.