W niedzielę 8 lutego amerykańska telewizja kablowa AMC rozpoczęła emisję długo wyczekiwanego spin-offu serialu "Breaking Bad," którego głównym bohaterem jest Saul Goodman (Bob Odenkirk), cyniczny prawnik Waltera White'a. Kolejny odcinek "Better Call Saul" został wyemitowany już w poniedziałek, co dało twórcom więcej czasu na zarysowanie nowej historii i nadanie nieco krągłości barwnemu, ale w pierwotnym założeniu raczej jednowymiarowemu bohaterowi.

Zgodnie z zapowiedziami akcja serialu toczy sie na 6 lat przed tym jak Walter White poznaje Saula Goodmana, który staje się jego wspólnikiem w brudnych interesach. Tymczasem premierowy odcinek w pierwszej scenie nawiązuje do losu prawnika już po jego ucieczce z Albuquerque i zmianie tożsamości. Wyszczekany, operatywny adwokat pracuje teraz w cukierni sieci Cinnabon w Nebrasce, a wieczory spędza wpatrując się apatycznie w ekran telewizora. Ta sekwencja jest czarno-biała, a nastrój beznadziei, w jaki popadł Saul, potęgują jeszcze spowijające go w mieszkaniu ciemności, które rozświetla na chwilę kolor starych krzykliwych reklam jego kancelarii.

Trzeba przyznać, że od strony wizualnej pierwsze odcinki "Better Call Saul" nie zawodzą. Vince Gilligan, twórca i producent "Breaking Bad," a teraz i jego spin-offu, znany jest z umiłowania do gry światłem i cieniem, mającym obrazować stan ducha poszczególnych postaci. Stąd piękne ujęcia w których Saul Goodman lub inni bohaterowie w chwilach rozdarcia moralnego mają twarze częściowo skryte w mroku. Warto też wspomnieć o często stosowanych ujęciach pod nietypowymi kątami, pokazującymi codzienne sytuacje i obiekty w innej, nadającej im głębszą wymowę perspektywie.

Jednak po przygnębiającym otwarciu akcja natychmiast przenosi sie z powrotem do zalanego, a wręcz palonego słońcem Nowego Meksyku, do początków kariery Saula Goodmana znanego jeszcze jako Jimmy McGill. Ta młodsza, naiwniejsza wersja Saula to starający się związać koniec z końcem drugorzędny adwokacina, w dzień służący jako obrońca z urzędu, a wieczorami na próżno czekający na potencjalnych klientów w maleńkim biurze na zapleczu chińskiego salonu piękności.

Wbrew wcześniejszym zapewnieniom Vince'a Gilligana, że w "Better Call Saul" odnajdziemy "85 procent dramatu i 15 procent komedii" w pierwszych odcinkach dominuje komizm, graniczący czasami ze slapstickiem. Pomimo początkowej, przygnębiającej futurospekcji i scen podkreślających tragizm postaci granej przez Odenkirka, póki co #serial stanowi znacznie lżejszą strawę dla widza niż dramatyczny, epatujący przemocą "Breaking Bad." W przeciwieństwie do Waltera White'a Jimmy McGill, dzięki swojej profesji i wrodzonemu tupetowi, potrafi utorować sobie drogę wyjścia z niebezpiecznych sytuacji negocjując, matacząc i dezorientując przeciwnika. Ale zderzenie ze światem przestępczym Albuquerque, mimo że dość brutalne, roztacza przed nim nowe perspektywy rozwoju kariery. W umyśle Jimmiego zaczyna kiełkować myśl o skróceniu drogi do sukcesu poprzez nagięcie litery prawa. W ten sposób młody prawnik stawia pierwszy krok w kierunku przemiany w skorumpowanego adwokata Saula Goodmana.

Jedno, co moim zdaniem psuje nieco pozytywne wrażenie po obejrzeniu premierowych odcinków "Better Call Saul," to nachalne, zbyt bezpośrednie nawiązania do "Breaking Bad." Gilligan usilnie stara się zakodować w umysłach odbiorców, że nowy serial to prequel niezwykle popularnego "Breaking Bad," jak gdyby nie miał pewności, że "Better Call Saul" może obronić się sam. Od razu do akcji zostają wprowadzone dobrze znane postacie, takie jak zabójca i czyściciel Mike Ehrmantraut (Jonathan Banks) czy psychopatyczny dealer Tuco Salamanca (Raymond Cruz). Ponadto w pierwszej scenie Saul Goodman wręcz fizycznie przypomina Waltera White'a, skrywając się w nowym życiu za bujnymi wąsami i charakterystycznymi okularami w drucianych oprawkach.

Tak czy inaczej "Better Call Saul" to naprawdę zgrabnie skonstruowany spin-off "Breaking Bad," a tragikomiczna postać Saula Goodmana zdaje się być niewyczerpanym źródłem pomysłów na kolejne odcinki. Natomiast fakt, że premiera serialu przyciągnęła w #USA 6,9-millionową widownię, pięć razy większą niż debiut "Breaking Bad" w 2008 roku, powinien przynajmniej na razie zaspokoić ambicje jego twórców.