Paweł Mazur: Jak to się stało, że napisała Pani książkę o czymś, w co Pani od początku wątpiła – o „złotym pociągu”?

Joanna Lamparska: Chciałam napisać książkę reporterską. Nie o skarbach, ale taką, która ukazuje od początku do końca jak ta sprawa wyglądała i jaka była droga odkrywców od ich rzekomego odkrycia aż do dnia dzisiejszego – jak „kolędowali” po różnych urzędach, zabiegając o zainteresowanie. Z czasem stwierdziłam jednak, że nie da się tej książki napisać bez skarbów i zaczęłam opisywać całe środowisko poszukiwaczy, wspominając przy tym także inne „złote pociągi”. „Złoty pociąg. Krótka #historia szaleństwa” to książka napisana trochę w konwencji „Dżumy” – oczywiście nie chcę się porównywać do noblisty, ale tu także mamy coś na kształt epidemii, nad której rozprzestrzenianiem się nikt nie panuje.

Reklamy
Reklamy

Przez pierwsze tygodnie całej tej „złotej gorączki” bywało, że miałam w domu po 5, czy 6 ekip radia, prasy, albo telewizji. Była na przykład telewizja z Chin, byli Nowozelandczycy, Australijczycy, byłam też gościem kanadyjskiego talk-show. Ostatecznie zdecydowałam się pisać, gdy zaczęłam otrzymywać coraz więcej telefonów od ludzi, których nazwałam w mojej książce „tajnymi informatorami”. Używam tego określenia w stosunku do osób, które mają na temat skarbów „większą wiedzę”, ale boją się jej ujawniać ze względu na swoje bezpieczeństwo, a często ich wiedza pochodzi też „nie z tego świata”. I kiedy tych teorii, plotek i wszelkich „opowieści dziwnej treści” zaczęło się już pojawiać tak dużo, że trudno było odróżnić prawdę od fałszu – zdecydowałam, że trzeba to spisać. Wiadomo, że co innego, gdy mamy do czynienia z czymś na pierwszy rzut oka nierealnym, np.

Reklamy

z legendami o smokach. Jasne: smoków nie ma. Tutaj mieliśmy natomiast do czynienia z pewnym prawdopodobieństwem, że może jednak „coś” tam jest.

Czy wyniki badań naukowców z AGH zakończą całą sprawę? Panowie Koper i Richter mimo wszystko będą kopać na własną rękę – co więcej, mają już na to pozwolenie ze strony władz Wałbrzycha.

To doświadczone osoby i mogą przeprowadzać te poszukiwania. Tam zresztą nie ma wielkiej filozofii – wystarczy zrobić na początku odwiert i to już wiele pokaże. Ale nie ma sensu się oszukiwać: AGH to znakomici fachowcy. To co mówi w mojej książce mecenas Chmielewski, pełnomocnik odkrywców – że nawet AGH się może mylić, że Troję odkrył amator, a nie naukowcy – to mechanizm związany w moim odczuciu mocno z Dolnym Śląskiem. Mechanizm ów polega na tym, że myśmy się tu „wychowali” na historiach o ukrytych skarbach i bardzo chcemy, żeby te skarby istniały. Łatwiej nam uwierzyć, że pod każdym naszym zamkiem mamy Bursztynową Komnatę, niż że czegoś na sto procent tam nie ma.

Reklamy

Obserwując media społecznościowe, w szczególności te związane z odkrywcami, widziałam, że wszyscy wątpili tam w wiarygodność wyników AGH. Powtarzano, że to kłamstwa, że naukowcy się nie znają, albo że opowiadają takie rzeczy z premedytacją, bo rząd im kazał ukryć „złoty pociąg”. Jak widać społeczna akceptacja dla ludzi, którzy dają nam choćby krótkie chwile ekscytacji i nadziei – nawet wówczas, gdy są to obietnice bez pokrycia – jest o wiele wyższa, niż akceptacja dla twierdzeń naukowca, który twardo powie, że z pewnością niczego tam nie ma. My po prostu lubimy ukryte skarby, choćby były zmyślone.

Złoty pociąg” to dopiero początek dolnośląskiej „gorączki skarbów”?

Być może. Razem z ukazaniem się informacji o „złotym pociągu” nagle pojawiło się bardzo dużo osób, które zgłaszają się twierdząc, że wiedzą gdzie są ukryte inne skarby. Pojawiła się na przykład pewna Niemka, Christel Focken – w Wałbrzychu wszyscy mówią o niej „Frau Focken” – która zgłosiła kilka „odkryć”, między innymi miejsce po drugiej stronie tego tunelu, który wskazali panowie Koper i Richter. Ostatnio pojawiły się kolejne zgłoszenia w Górach Sowich i w okolicach Bolkowa. Wielu ludzi zgłasza, bez względu na to, czy są jakiekolwiek dowody, czy tylko przypuszczenia. A konserwatorzy nie dają sobie już rady z tymi zgłoszeniami. #społeczeństwo #podróże po Polsce