Co do jednego bądźmy choć raz zgodni - Święta Bożego Narodzenia bez “Kevina samego w domu” i “Kevina samego w Nowym Jorku” to Święta nieudane, to Święta dziwne, nie polskie i nie tradycyjne. Nie obejrzeć “Kevina” w Święta to tak, jak nie wnieść w wielkiej tajemnicy wódki na studniówkę. Niby można dobrze się bawić, ale zwyczajowa procedura zostaje zaburzona i negatywnie rzutuje to na dalszy przebieg wydarzeń. Nie ma sensu oszukiwać się, że “To właśnie miłość”, czy “Harry Potter” zdołają zastąpić nam tę wspaniałą i pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji amerykańską opowieść o perypetiach kilkuletniego blondaska, który dzięki swojemu sprytowi i pomysłowości potrafił wykiwać każdego czającego się na niego złoczyńcę i sprawić, że dobro wygrywało ze złem, a widz odchodził od ekranu z poczuciem, że na świecie jednak panuje sprawiedliwość i z pozoru najbardziej nieprawdopodobne historie mogą wydarzyć się w realnym życiu. Tej kwintesencji Ameryki pragnęliśmy w naszych domach co roku bardziej niż kolęd czy pierogo-rybnego combo na stole.

Dla mojego pokolenia, pierwszego posttransformacyjnego miotu, filmy o Kevinie to był topos, choć co to jest ten topos nie jesteśmy pewni po dziś dzień. O serii z Macaulay’em Culkinem w roli głównej rozprawialiśmy z przejęciem przed Świętami i zaraz po nich, wymyślaliśmy zabawy oparte na fabule #filmów. Niektórzy za nas, gdy byliśmy jeszcze bardzo mali, nie potrafili nawet dobrze wymówić tytułu, twierdząc, że brzmi on “Kevinson w domu”. W szkolnych wypracowaniach pisaliśmy, że “Moim ulubionym filmem jest Kewin (tak, Kewin) sam w domu”. Z jednakowym namaszczeniem celebrowaliśmy wszyscy coroczną emisję filmu na Polsacie i w zupełności utożsamialiśmy się z głównym bohaterem, czasem przypisując sobie nawet bardziej zaawansowane supermoce i snując fantazje na temat wariacji pułapek, które my byśmy zastawili na złodziei, gdybyśmy byli Kevinem. Z Kevinem wyruszaliśmy w podróż do świata amerykańskiej egzotyki, wielkomiejskiego dobrobytu. Dużo w nim było sidingu, puddingu, prezentów w skarpetach, a nie pod choinką i międzykontynentalnych lotów samolotami. Rodzina McCallisterów była zdecydowanie lepiej ubrana od naszej, a ich dom był tak wielki, że z łatwością można było się w nim zgubić. Słowem - Kevin dawał nam to, czego w Polsce nie mieliśmy, co dostępne było dla nas w tamtym czasie jedynie na ekranie.

Największym dramatem Świąt było dla nas, gdy dziadek, korzystając ze swych przywilejów członka rodzinnego starszeństwa, przełączył kanał na jedynkę, gdzie grali “Ogniem i Mieczem”. Zalewaliśmy się wtedy łzami rozpaczy, i biegaliśmy wokół fotela dziadka wykrzykując “Izabella Scorupco je canapcę” i starając się skutecznie zakłócić mu odbiór hoffmanowskiego dzieła.

Dziś mamy ponad dwadzieścia pięć lat i gabarytami dawno przestaliśmy przypominać bohatera Polsatowskiego świątecznego hitu. Podobnie jak Macaulay Culkin mamy kilka problemów na swoim koncie i coraz wyraźniej dociera do nas, że dzieciństwo chyba jakby dobiegło już końca. Jednak nie bezpowrotnie, bo w Święta znów pojedziemy do rodziców, usiądziemy w pokoju telewizyjnym z rybą po grecku i grzanym winem i odpalimy Polsat. I wtedy wszystko wróci do normy.

“Kevin sam w domu” 24 grudnia o 20:00, “Kevin sam w Nowym Jorku” 25 grudnia o 18:30.

#Święta Bożego Narodzenia