Przypomnijmy, że Aerofestival to pokazy lotnicze, które odbywały się 13 i 14 czerwca na poznańskim lotnisku Ławica. Pierwszego dnia tej imprezy, z powodu burzy nad Berlinem, spora część programu została odwołana. W niedzielę udało się jednak zobaczyć wszystkie zaplanowane występy i dodatkowo te, które nie odbyły się dnia poprzedniego. Choć widzowie dobrze się bawili, to poziomu europejskich pokazów lotniczych Aerofestivalowi brakuje jeszcze bardzo dużo.

Sukces organizacyjny

Międzynarodowe Targi Poznańskie potwierdziły swoją umiejętność organizacji imprez masowych. Ogromny teren imprezy był w dużej mierze zagospodarowany tak, by zapewnić widzom swobodę, ale też niezbędną infrastrukturę. Było aż pięć punktów gastronomicznych, w których nawet w godzinach szczytów posiłkowych nie było długich kolejek. Impreza była profesjonalnie zabezpieczona przez setki ochroniarzy, a przyjezdnym pomocą służyły dziesiątki wolontariuszy.

Jedyne czego obawiałem się przed Aerofestivalem, to ogromne korki w całym mieście. Okazało się jednak, że kierowcy posłusznie parkowali w wyznaczonych strefach. Sporo ludzi posłuchało też organizatorów i jako środek transportu wybrali rower. Finalnie przeznaczony dla kilkuset jednośladów parking okazał się zbyt mały. Autobus z centrum miasta mógł kursować częściej niż co dziesięć minut, bo z uwagi na długą trasę często był przepełniony. Poza tym przyjazdy na tyle rozłożyły się w czasie, że nie było w Poznaniu żadnych korków, a ruch w pobliżu lotniska odbywał się bardzo sprawnie.

Świetni komentatorzy?

Osobiście podobał mi się duet prowadzących Aerofestival. Komentatorzy Jakub Kulecki i Wojtek Dobrzeniecki są pilotami i dokładnie wiedzieli o czym mówią. Opowiadali bardzo dużo o technicznych aspektach podniebnych maszyn i umieli dostosować się do sytuacji. Gdy w sobotę odbywały się głównie operacje pasażerskie, spikerzy zaczęli wykładać zasady działania szerokokadłubowców.

Nie wszystkim jednak przypadło to do gustu, zwłaszcza w sobotę. Wtedy widownia bardziej pragnęła pokazów, niż szczegółowych informacji o budowie silnika. Poza tym brakowało tego dnia jasnych i konkretnych informacji o powodach opóźnień, oprócz ciągłego tłumaczenia "kwestiami bezpieczeństwa".

Wszędzie trzeba płacić

Największe niezadowolenie podczas obu dni imprezy wywołały jednak opłaty pobierane na każdym kroku. Płacić trzeba było za zostawienie samochodu na parkingu głównym i za dojazd autobusami. Zresztą stawki za autobusy opierały się na taryfie poznańskiego Zarządu Transportu Miejskiego, która po zeszłorocznych zmianach jest myląca i niekorzystna dla osób przyjezdnych. Następnie trzeba było zapłacić oczywiście za bilety, które do najtańszych nie należały.

Najwięcej kontrowersji wywołała jednak kwestia napojów. Początkowo w regulaminie widniał całkowity zakaz ich wnoszenia. Dopiero później organizatorzy zgodzili się na posiadanie małej ilości picia w specjalnych opakowaniach. Ochrona konfiskowała więc wszystko, nawet duże butelki, w których została już tylko resztka wody. Z kolei jedynym darmowym napojem była woda pitna z beczkowozów. Aby z niej skorzystać należało jednak butelkę posiadać... Oczywiście obok stoisk z jedzeniem można było kupić napoje, ale w odróżnienia od posiłków, nabywało się je za żetony, tak samo jak piwo. Tak więc matka, aby kupić wodę dzieciom, musiała wpierw wystać często kilkanaście minut w kolejce po żetony, za spragnionymi piwa studentami. Wszystko po to, by później utknąć na kilka minut w kolejce przy stoisku z napojami... #Festiwal