„Oszołom” zbyt blisko prawdy

Historia Michała Falzmanna, głównego specjalisty kontroli państwowej Najwyższej Izby Kontroli, przypomina nieco „Raport Pelikana” Johna Grishama. Michał Falzmann został 16 lipca 1991 roku odsunięty od prowadzonej przez swój zespół kontroli. Stało się tak w wyniku nacisków na NIK ze strony Urzędu Ochrony Państwa, Ministerstwa Finansów oraz banków. Wcześniej, w toku trwającej trzy miesiące kontroli, Falzmannowi udało się ujawnić mechanizm gigantycznej defraudacji państwowych pieniędzy, jakiej dokonywali oficerowie tajnych służb w ramach Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Urzędnik bezskutecznie próbował zainteresować tym najwyższe władze III RP, a ostatecznie sprawę ujawnił mediom.

Reklamy
Reklamy

Dwa dni po odsunięciu od pracy 37-letni Falzmann zmarł na zawał serca. Ktoś mógłby uznać, że to nieszczęśliwy przypadek – nawet wobec telefonicznych anonimów z pogróżkami, jakie otrzymywał kontroler i pozostawionych zapisków o tym, że „dalsza praca to osobiste, śmiertelne niebezpieczeństwo”. Kiedy jednak zwierzchnik Falzmanna, Prezes NIK Walerian Pańko, zamierzał w październiku tego samego roku przedstawić raport w sprawie nieprawidłowości związanych z FOZZ doszło do kolejnego przypadku, a właściwie… do serii „wyjątkowych przypadków”.

Wszyscy muszą umrzeć

W drodze do Warszawy służbowa Lancia wioząca Prezesa NIK uległa wypadkowi – tak przynajmniej brzmi oficjalna wersja zdarzeń. Auto na prostym odcinku dwupasmowej drogi miało zderzyć się z jadącym z przeciwka BMW. Pańko i drugi pasażer siedzący z tyłu – dyrektor Biura Informacji Kancelarii Sejmu Janusz Zaporowskizginęli na miejscu, przeżyła natomiast żona szefa NIK jadąca na przednim fotelu pasażera oraz kierowca limuzyny.

Reklamy

Oboje, podobnie jak inni świadkowie, twierdzili, że do wypadku doszło w wyniku wybuchu, który rozerwał Lancię na dwie części. Co więcej, kierowca Waleriana Pańko, 38-letni Jan Budziński, zmarł kilka miesięcy później w niewyjaśnionych okolicznościach. Podobnie jak policjanci, którzy jako pierwsi przybili na miejsce wypadku rządowej Lancii. Wkrótce umarł także autor powypadkowej ekspertyzy, a sama ekspertyza… zaginęła. W domu oraz w biurze szefa NIK dokonano natomiast włamań – skradziono wszelkie dokumenty dotyczące FOZZ. Ilość niebywałych „zrządzeń losu” w tej sprawie jest tak wielka, że nawet najwięksi prześmiewcy „teorii spiskowych” nie mają tu pola do popisu.

Cui bono?

W tej sytuacji zapytać wypada: kto zyskał na śmierci drążących sprawę urzędników? Pieniądze z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego posłużyły byłym oficerom komunistycznych służb specjalnych do założenia legalnych biznesów, które funkcjonują do dziś. Dlatego właśnie sprawa FOZZ nazywana jest niekiedy „matką afer” – obecnie wciąż wielu wpływowych ludzi dba o to, aby prawda o wydarzeniach sprzed dwudziestu pięciu lat nie trafiała do szerszej publiczności.

Reklamy

Zarówno późniejsza sprawa fundacji „Pro Civili”, jaki i afery związane z „Amber Gold”, czy „SKOK Wołomin” to pozostałości sprawy FOZZ. W tym roku minie dokładnie 25 lat od ujawnienia afery Funduszu, a sprawa serii niewyjaśnionych zgonów sprzed lat wciąż czeka na rozwiązanie. Niektórzy żyją jednak w alternatywnej rzeczywistości. Przed kilkoma miesiącami do sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko dwóm sprawcom pobicia wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego, Wojciecha Kwaśniaka, dokonanego w 2014 roku. Pobicie to miało na celu zastraszenie w związku z kontrolą powiązanego z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi SKOK Wołomin. Mariusz Jałoszewski na łamach „Gazety Wyborczej” napisał wówczas: „To pierwsza od 1989 roku taka sprawa. Dotąd nie zdarzyło się, by ktoś dokonał zamachu na tak ważnego urzędnika państwowego w związku z wykonywaniem przez niego w imieniu państwa ustawowych zadań”. Jak widać sprawę Michała Falzmanna i Waleriana Pańko także niektórzy dziennikarze woleliby dla spokoju duszy wrzucić do „luki pamięci” i uznać za niebyłą.

Źródła: polityce.pl, fronda.pl, niezalezna.pl, telewizjarepublika.pl, wyborcza.pl #służby specjalne #śledztwo #finanse