Paweł Mazur: Czy po dwudziestu latach pracy w charakterze dziennikarza śledczego czuje Pan, że jest jeszcze coś, co mogłoby Pana zaskoczyć?

Wojciech Sumliński: Myślę, że po tych dwóch dekadach mogę powiedzieć, że niewiele jest takich rzeczy, które byłyby w stanie mnie zdziwić, czy zaskoczyć. Oczywiście człowiek każdego dnia uczy się czegoś nowego, ale w moim dziennikarskim życiu mogę powiedzieć za Markiem Aureliuszem, że „wszystko już było”. Były zarówno duże sukcesy, jak i wielkie porażki. Były oskarżenia tak przeróżne, że trudno w krótkiej rozmowie je wszystkie wymieniać. Były wielkie przyjaźnie, które przetrwały, jak również wielkie zawody pewnymi przyjaźniami.

Reklamy
Reklamy

Była pomoc w najtrudniejszych chwilach mojego życia ze strony osób, po których pomocy bym się nie spodziewał oraz „dobijanie mnie” przez osoby, na których wsparcie liczyłem. Myślę, że ogólnie rzecz biorąc najwięcej zdarzyło się właśnie rozczarowań i to powoduje u mnie gorzką refleksję. Od kilku lat nachodzi mnie pytanie: „czy było warto?” i choć nie umiem wciąż odpowiedzieć jednoznacznie, to coraz bardziej skłaniam się ku słowu „nie”. Patrząc na to ile człowiek się z tym wszystkim „szarpał” i za jaką cenę, to rozczarowanie jest chyba najwłaściwszym słowem. Doszedłem do wniosku, że chciałbym najbliższy czas poświęcić rodzinie. Wcześniej chcę jednak ukończyć trzy książki, które zacząłem pisać dawno temu.

Jedną z tych książek będzie kolejna publikacja na temat okoliczności śmierci księdza Jerzego Popiełuszki?

Zamierzam dokończyć książkę poświęcona działalności najważniejszych osób w III RP, z głównym nastawieniem na otoczenie oficerów tajnych służb skupionych wokół Bronisława Komorowskiego – pracuję nad tą książką od trzech lat – a także książkę dotyczącą nieznanych okoliczności życia i śmierci Andrzeja Leppera.

Reklamy

Trzecia publikacja, którą zacząłem pisać przed pięciu laty, a która powstaje z przerwami, to rzecz o księdzu Stanisławie Makowskim, przyjacielu księdza Popiełuszki. Nie wykluczam, że te książki byłyby moimi ostatnimi – nie wiem co będę robił później. Jeśli natomiast chodzi o sprawę księdza Popiełuszki, to ja cały czas nie tracę nadziei, że prokurator Andrzej Witkowski także otrzyma szansę na dokończenie swojej pracy i swojego śledztwa, które już dwukrotnie mu odbierano. Ta sprawa jest dla mnie najważniejszą dziennikarską sprawą mojego życia i wiem, że jest to też najważniejsza sprawa dla prokuratora Witkowskiego. Liczę na to, że on nareszcie będzie mógł ukończyć śledztwo, a jeśli tak się stanie, to ziemia zatrzęsie się na dobre. Gdyby tak się jednak nie stało i Andrzej Witkowski nie dostał tej szansy, to wówczas pewnie napiszę jeszcze czwarta książkę, która będzie puentą zarówno dla moich dociekań, jak i dla dociekań zespołu prokuratora Witkowskiego.

Od dłuższego czasu pisze Pan praktycznie wyłącznie o aferach związanych z tajnymi służbami. Czy zgadza się Pan z tezą, że afera FOZZ była „matką afer” III RP i jej „odpryski” odnajdujemy do dziś?

Tak, moim zdaniem afera FOZZ była „matką” większości późniejszych afer.

Reklamy

Na tej aferze służby wywodzące się z PRL przetestowały mnóstwo mechanizmów, które później znajdowały odzwierciedlenie w dziesiątkach, a może nawet w setkach innych podejmowanych przez nie działań przestępczych. To był pewnego rodzaju „poligon doświadczalny” – na „żywym organizmie” sprawdzono niekończące się mnożenie spółek-córek, zacieranie śladów transferów finansowych, przerzucanie środków na rozmaite podmioty, które następnie zamykano, by w ich miejsce stworzyć nowe. Była to „podbudowa” pod cały szereg nowych projektów, bowiem „wyprano” wówczas gigantyczne sumy pieniędzy, które zasilały kolejne – legalne i nielegalne – przedsięwzięcia biznesowe. Przy okazji afery FOZZ okazało się, że ten model prowadzonych na gigantyczną skalę defraudacji jest skuteczny i pozwala na zachowanie bezkarności. To, co wypróbowano przy okazji FOZZ, było powielane w latach późniejszych, jak choćby w przypadku działalności Fundacji „Pro Civili”. #Bronisław Komorowski #służby specjalne #śledztwo