Kilka tygodni temu jedna z najważniejszych firm zajmujących się obrotem gazu w Europie, niemiecka Wintershell, podpisała z Gazpromem umowę w sprawie budowy kolejnej nitki Nord Stream; w ciągu kilku lat mają powstać zresztą kolejne. To porozumienie zaskoczyło wiele krajów Europy. Polska i Słowacja wyraziły stanowczy sprzeciw. Jak to jednak jest możliwe, że #Niemcy pod kierownictwem Angeli Merkel (nie lubiącej osobiście Putina), które są jednym z najbardziej konsekwentnych państw, jeśli idzie o obronę Ukrainy przed agresją oraz wspierających sankcje przeciw Rosji, nagle zmienia front?

Gazprom - nowa strategia

Według porozumienia z 2014 r. Gazprom przejął na własność Wingas, którego był wcześniej współwłaścicielem, wykupując udziały od Wintershall i stając się tym samym właścicielem infrastruktury gazowej w Rehden. Projekt ten jest częścią zmiany strategii rosyjskiego giganta, która ma polegać teraz na przejmowaniu całych nici, od źródła wydobycia aż do konsumenta. W zamian za to Wintershell otrzymało poważnie udziały w wydobyciu gazu w Blokach I, IV i V w Archimov na obszarze Uregoy w Rosji. Człowiekiem, który stał za negocjacjami, był Rainer Seele, szefujący Niemiecko-Rosyjskiej Izbie Handlowej, wysoko postawiony w austriackiej OMV (również prowadzącej rozległe interesy z Rosjanami). Oczywiście, jest to przede wszystkim decyzja biznesowa. Za decyzjami Wintershell nie stoi niemiecki rząd. Ale decyzja ma poważne konsekwencje polityczne.

Uzależnieni od Kremla

Nim przejdzie się do wniosków, trzeba pamiętać, że #Angela Merkel wykazała się wprawą i siłą polityczną, wymuszając w poprzednich latach na niemieckich elitach biznesowych, robiących interesy z Moskwą, akceptację sankcji nałożonych na Rosję. Prędzej czy później jednak elity te musiały się zbuntować, a kanclerz nie może zapomnieć o ich poparciu w najbliższych wyborach, szczególnie że mogą poszukać oni partii bardziej gotowych zauważyć ich interesy. Niecierpliwość elit wykazał już list polityków z grudnia 2014 r. Załamanie się handlu z Rosją kosztowało Niemcy w poprzednim roku, przeszło 50 tys. miejsc pracy. Choć niemiecka polityka nastawiona jest na multilateralizm: wielostronne załatwianie konfliktów drogą negocjacji (tą drogą Niemcy budują również swoją potęgę, jako ważny czynnik geopolityczny, "średnia siła"), to osłabiona Europa jest dla Niemiec coraz mniej realnym partnerem. Tandem Francja-Niemcy w obecny układzie realnie nie funkcjonuje. 

Mińsk II stał się tak naprawdę sposobem szantażu przez Putina Merkel, która musi występować przez swoimi obywatelami jako ta, która przyniosła pokój i rozwiązanie konfliktu. Gdy Rosja zechce naruszyć jego postanowienia bardziej jawnie niż zazwyczaj, osłabi wewnętrznie pozycję Merkel. Uzależnienie gospodarcze Niemiec od Rosji stało się politycznym uzależnieniem od Kremla. Wymusiło to na Niemczech zdystansowanie się od własnej polityki, co dało się wyczuć w wypowiedzi ambasadora Niemiec przy NATO, Martina Erdmana, z sierpnia br. o tym, że dotychczas konflikt na wschodzie był widziany "zbyt jednostronnie".

Wrogie partnerstwo

Tak czy inaczej kryzys ten wymusił na Niemczech zakończenie dotychczasowej postpolityki, odziedziczonej przez Merkel po socjaldemokratach. Komentatorzy mówią powszechnie o tym, że dotychczasowa polityka niemiecka zawiodła. Lecz prawdą jest, że Niemcy nie mają czasu ani możliwości na wypracowanie innej. Nie staną się w krótkim czasie głównym partnerem USA, nie zbudują sojuszu krajów przeciw agresji Kremla, na której najwięcej tracą. Sam Berlin dotychczas skupiał się na rozbijaniu mniejszych sojuszy w Europie i wspieraniu aktywności Rosji. Na razie Niemcom pozostaje nadzieja, że Putin w najbliższym czasie (do 2017 r.) znacznie nie pogorszy sytuacji. Wysłanie wojsk do Syrii i zaangażowanie na Bliskim Wschodzie może paradoksalnie ponownie zbliżyć oba kraje, zainteresowane stabilizacją w Syrii. Sojusz taki nie przywróci dawnej przyjaźni, ale Berlin nie ma dużego wyboru. 

źródła: carnegieeurope.eu, german-foreign-policy.com #Władimir Putin