Przez lata krytyka poczynań partii w jej szeregach praktycznie nie występowała, a przywództwo Donalda Tuska i namaszczonej przez niego następczyni, Ewy Kopacz, nie mogło być kwestionowane. Ten, kto próbowałby złamać ową zasadę szybko zostałby usunięty, lub odsunięty na boczny tor. Taki właśnie los spotkał Grzegorza Schetynę, który najpierw został pozbawiony stanowiska szefa dolnośląskiej PO, a następnie także miejsca w zarządzie partii. Po tym wydarzeniu Grzegorz Napieralski z SLD oceniał: „myślę, że Tuskowi chodzi o to, by na tyle zdołować i zniszczyć Schetynę, żeby uciekł z partii, albo żeby go z niej wyrzucić”. Były to słowa znamienne o tyle, że Napieralski wkrótce sam stał się ofiarą podobnej sytuacji w SLD i ostatecznie... odszedł z Sojuszu, a następnie trafił pod skrzydła Platformy.

Jak stracić, żeby zyskać

Paradoks polega na tym, że zarówno Napieralski, jak i Schetyna z ofiar szybko stali się beneficjentami swojej partyjnej banicji – podczas gdy koalicja Zjednoczonej Lewicy poniosła porażkę na całej linii, nie przekraczając nawet progu wyborczego, sam Napieralski, który w niedanych wyborach startował z list PO, jest dziś senatorem. Z kolei Schetyna triumfuje niczym Władysław Gomułka – dzięki temu, że odsunięto go od władzy nie spada na niego brzemię popełnionych przez innych polityków Platformy katastrofalnych błędów. Dziś Schetyna powraca więc jako „ten sprawiedliwy”, który pierwszy mówi publicznie jak jest naprawdę.

Kolejna walka wyborcza – tym razem w partii

Schetyna rzeczywiście mógłby być człowiekiem, który przyda PO charyzmy i popchnie ją na właściwe tory. W przeciwieństwie do Kopacz, która nie radzi sobie z poczynaniami poszczególnych frakcji partii, Schetyna prawdopodobnie przywróciłby „rządy twardej ręki” i skonsolidował szeregi Platformy. Pytanie jednak: czy jego przeciwnicy pozwolą mu na odzyskanie wpływów, które z takim trudem odbierali mu poprzednio przy wsparciu Donalda Tuska? Polityk doskonale wie o tym, że łatwo nie będzie, ale otwarcie rzuca wyzwanie swoim oponentom, mówiąc, że decyzja o ubieganiu się o stanowisko przewodniczącego PO zaczęła dojrzewać w momencie, gdy Donald Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej. Podkreśla przy tym to, co jest naprawdę dużym, niezaprzeczalnym atutem w walce z Ewą Kopacz – to Premier i szef partii odpowiada za kampanię wyborczą i za utratę władzy, a więc należy ją z tego rozliczyć.

Rozliczenia „ze szpilą”

Na razie jedno rzuca się w oczy: po wyborach wszystkim nagle „rozwiązały się języki” i coraz częściej pojawiają się też „osobiste wycieczki”. Radek Sikorski, który kilka miesięcy temu został zmuszony do opuszczenia stanowiska marszałka Sejmu przez Ewę Kopacz, dziś stwierdza, że po przegranych wyborach „PO potrzebne jest nowe przywództwo”, a „#Ewa Kopacz będzie wiedziała co w takiej sytuacji zrobić”. Oczywistość schadenfreude w tej wypowiedzi jest niezaprzeczalna i wyczuła to również Hanna Gronkiewicz-Waltz, która na zacytowaną przez dziennikarza wypowiedź Sikorskiego odparowała: „Niech on idzie do tego Lidla po te ośmiorniczki” (nawiązując do nagranych rozmów Sikorskiego, które to przyczyniły się do jego odwołania). Jak widać wbijanie sobie wzajemnie „szpil” jest obecnie ulubioną zabawą członków przegranej formacji. Tym bardziej pokazuje to jednak, że PO faktycznie nowego przywództwa potrzebuje. Choćby po to, by ukrócić tego rodzaju waśnie i zacząć odbudowę mocno nadszarpniętego wizerunku partii.

Źródła: www.polskieradio.pl, wpolityce.pl, www.radio.kielce.pl #Platforma Obywatelska #wybory 2015