Wróżbita Jarosław

„Przyjdzie taki dzień, kiedy w Warszawie będziemy mieli Budapeszt. Prędzej, czy później – zwyciężymy, bo po prostu mamy rację!” – przekonywał #Jarosław Kaczyński tuż po ogłoszeniu wyników wyborów parlamentarnych w roku 2011, w których #PiS po raz drugi przegrał z Platformą Obywatelską. Wówczas większość komentatorów odnosiło się do tych słów z głęboką rezerwą, lub też ze zwykłą kpiną, uznając, że poparcie rzędu 30% to „szklany sufit”, którego PiS w obecnej formule nie będzie w stanie przebić. Dziś jednak wszyscy przywołują słowa Kaczyńskiego sprzed czterech lat, bo nie da się ukryć, że okazały się prorocze. Przywódca Prawa i Sprawiedliwości, podobnie jak Viktor Orban, po porażce w wyborach nie ustąpił ze stanowiska i po ośmiu latach trwania w opozycji przejął pełnię władzy w sejmie i w senacie.

Reklamy
Reklamy

Warto też przypomnieć, że wcześniej kandydat PiS-u w spektakularny sposób zdobył prezydenturę. Budapeszt w Warszawie? Cóż, dlaczego nie – niektórzy z tego powodu płaczą, inni się cieszą, ale jak widać niemożliwe nie istnieje.

Platforma postanawia umrzeć

Chcąc odpowiedzieć na pytanie jak do tego wszystkiego doszło trzeba by powoli cofać się w czasie, nawijając niczym włóczkę na kłębek kolejne małe porażki Platformy, stające się jednocześnie sukcesami PiS-u. Z perspektywy czasu należy jednak stwierdzić, że wszystko dla Platformy zaczęło się psuć w momencie, gdy Donald Tusk wybrał emigrację do Brukseli, opuszczając zarówno polski rząd, jak i swoją partię. Jego następczyni, Ewa Kopacz, nigdy nie potrafiła natomiast utrzymać PO w ryzach, ani też nie posiadała dostatecznej charyzmy, by skutecznie stawiać czoło nadciągającym problemom.

Reklamy

To, co „uchodziło płazem” opanowanemu i polegającemu na uspokajającym przekazie do społeczeństwa Tuskowi, który potrafił „zamieść pod dywan” zarówno aferę hazardową, cyfryzacyjną, czy podsłuchową, nigdy nie stało się udziałem chaotycznej i emocjonalnej Premier Kopacz. Komunikowanie się z Polakami również zawiodło – sukces Platformy wziął się z tego, że w dużej mierze udało się jej przekonać obywateli, że za ich polityków nie trzeba się będzie wstydzić. Prezydent Komorowski, Premier Kopacz oraz ministrowie tacy jak choćby: Sienkiewicz, Sikorski, Nowak, czy Bieńkowska tyleż błyskawicznie, co nad wyraz skutecznie zmienili ten pogląd. I to właśnie Ci ludzie przebili szklany sufit dla PiS.

Racjonalny Kaczyński

Można powiedzieć, że Jarosław Kaczyński nie musiał się wiele natrudzić, by odzyskać władzę. PiS powtarzał swoje mantry o tym, że w kraju jest źle, a „ludzie Platformy nie powinni nigdy rządzić Polską” i czekał, aż większość społeczeństwa przychyli się do tego osądu. Długo jednak wydawało się, że opozycja nie będzie w stanie zdyskontować rosnącego niezadowolenia społecznego.

Reklamy

Z punktu widzenia tej partii przełomowym momentem okazały się z kolei wybory prezydenckie – choć już wcześniej, w wyborach samorządowych Prawo i Sprawiedliwość uzyskało bardzo obiecujący wynik. Wygrana Andrzeja Dudy z Bronisławem Komorowskim w dłuższym wymiarze czasu zadecydowała jednak o wszystkim – czy można przypuszczać, że Beata Szydło byłaby kandydatem PiS-u na premiera, gdyby nie stała się wcześniej jednym z głównych architektów sukcesu Dudy? Kaczyński zbyt długo jest w polityce, aby nie dostrzec otwierającej się szansy. Tym bardziej, że nowy prezydent nie tylko zaczął szybko zbierać dobre recenzje, ale też stał się przekonującym dowodem na to, że PiS „nie jest taki straszny, jak go malują”. Bez wygranej Dudy, nie byłoby Szydło. A bez Szydło, być może nie było by zwycięstwa PiS-u. Jeśli Bronisław Komorowski mówił podczas swojej kampanii wyborczej o „wyborze pomiędzy Polską radykalną, a racjonalną”, to Kaczyński niewątpliwie okazał się racjonalny. Aż do bólu.

Źródła: tvn24.pl, www4rp.pl, www.wpolityce.pl #wybory 2015