Oskarżeniom o nadużywanie środków publicznych w wydatkach na podróże nie oparli się politycy żadnej partii. Pokusa sięgania do państwowej kasy po fundusze na bilety lotnicze czy benzynę jest tak silna, że mają ją na sumieniu politycy partii rządzącej jak i przedstawiciele opozycji. Można by sądzić, że kilometrówka stała się najskuteczniejszą bronią w toczącej się właśnie kampanii wyborczej. Sięgają po nią politycy ze wszystkich stron sceny politycznej.

Co Duda robił w Poznaniu?

Najnowszą ofiarą oskarżeń o nadużycia państwowych pieniędzy na tzw. kilometrówki stał się prezydent #Andrzej Duda. Tygodnik „Newsweek” ustalił, że urzędujący prezydent, jeszcze jako poseł PiS regularnie korzystał ze środków z Kancelarii Sejmu na prywatne podróże do Poznania, gdzie dorabiał jako wykładowca na jednej z prywatnych uczelni. Duda w oświadczeniu podawał, że jego podróże do stolicy Wielkopolski miały związek z pełnieniem jego obowiązków poselskich. Z tego tytułu pobrał z Kancelarii Sejmu 11 tys. zł. przeznaczonych na bilety lotnicze i hotele. Tygodnik przypomina, że Duda, jako poseł z Krakowa nie miał w Poznaniu swojego biura, ani nie spotykał się w tam z wyborcami.

Sprawa zainteresowała się prokuratura, która zapowiedziała postępowanie sprawdzające. Tymczasem Kancelaria Prezydenta zapewnia, że podróże Dudy związane były z wykonywaniem jego mandatu posła. Serwis Niezależna.pl na dowód wiarygodności tego oświadczenia przedstawia plany zajęć Wyższej Szkoły Pedagogiki i Administracji w Poznaniu, na której wykłady prowadził Andrzej Duda. Wynika z nich, że harmonogram jego podróży poselskich nie pokrywa się z terminami zajęć, jakie miał prowadzić na uczelni.

Jak marszałek Sejmu kulę ziemską objechał

Prawicowe media nie pozostały dłużne i na zarzuty „Newsweeka” wobec Dudy odpowiedziały sprawą kilometrówek premier Ewy Kopacz. Serwis Niezależna.pl przypomniał, że w 2005 r. Kopacz przyznała oficjalnie, że w trakcie kampanii wyborczej regularnie latała do Gdańska, by odwiedzić swoją córkę. Koszty biletów ponosiła Kancelaria Sejmu. Po publikacji serwisu prokuratura zdecydowała o wszczęciu postępowania w tej sprawie.

Najsłynniejszą sprawą z podróżami za państwową kasę jest przypadek tzw. madryckiej trójki posłów PiS. Posłowie #Adam Hofman, Mariusz Kamiński i Adam Rogacki latali wraz z żonami do Madrytu na pokładzie tanich linii. W oświadczeniach składanych w Kancelarii Sejmu deklarowali jednak, że wybrali się tam samochodem. Sprawa wyszła na jaw po awanturze, jaką jedna z poselskich żon urządziła na pokładzie samolotu linii Ryanair. Madryckie trio przepłaciło tę wpadkę utratą członkostwa w PiS i zakończeniem obiecującej kariery politycznej.

Nie tylko posłowie PiS mieli słabość do podróży na koszt podatnika. Sprawą uczciwości posłów w wydatkach na transport zajął się marszałek Sejmu #Radosław Sikorski. Szybko jednak wyszło na jaw, że sam nie ma w tej kwestii czystego sumienia. Sikorski w ciągu 7 lat, gdy pełnił funkcję szefa dyplomacji wydał na podróże prywatnym samochodem aż 80 tys. złotych, i to pomimo faktu, że przysługiwała mu ochrona BOR i podróże samochodem służbowym. Z wyliczeń wynikało, że Sikorski przejechał swoim samochodem w celach służbowych aż 32 tys. km. Oznacza to, że w ciągu pięciu lat były marszałek Sejmu aż dwa razy okrążył swoim samochodem kulę ziemską. Sprawą zajęła się prokuratura, ale ostatecznie postępowanie zostało umorzone.

Można zadać pytanie, czy wyliczanie politykom ich wydatków na podróże ma sens. Posłowie, którzy sięgają do państwowej kasy po pieniądze na benzynę czy bilety lotnicze twierdzą, że nie jesteśmy aż tak biednym państwem, by skąpić funduszyna pełnienie ich obowiązków służbowych i rozliczanie się z każdego, przejechanego kilometra. Publikacje mediów w tej sprawie uznają za czepialstwo albo nagonkę. Szastanie publicznymi pieniędzmi, często w sposób będący jawnym nadużyciem utrwala w społeczeństwie obraz rozpasanej klasy politycznej. Wyborcy nawet w takiej kwestii mają więc prawo do patrzenia politykom na ręce.