Nie umilkły echa po decyzji Andrzeja Dudy zapowiadającej październikowe referendum, a na linii pomiędzy rządem a prezydentem już doszło do kolejnego spięcia.

#Andrzej Duda wyszedł z inicjatywą w polityce zagranicznej, która nie została uzgodniona z rządem. Prezydent zapowiedział, że podczas wizyty w Berlinie zaproponuje zmianę formatu rozmów o konfliktcie na Ukrainie. Duda chce, aby zrezygnowano z tzw. formatu normandzkiego, czyli spotkań prowadzonych w gronie przywódców Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec. Zamiast tego, przywódcy powinni poszerzyć negocjacje o Stany Zjednoczone oraz Polskę.

„Twarde lądowanie” Dudy

Wypowiedź spotkała się z ostrą reakcją ze strony rządu. Grzegorz Schetyna określił ją jako „nieszczęśliwa i niezręczną”. Szef MSZ zarzucił prezydentowi, że stanowisko nie zostało uzgodnione z rządem, a prezydent prowadząc politykę zagraniczną w mediach naraża na szwank reputację Polski i osłabia jej pozycję na arenie międzynarodowej. „Jeśli ktoś robi politykę zagraniczną poprzez media, to musi się liczyć z tym, że zaliczy twarde lądowanie” - powiedział. Dowód na to przyszedł z ust prezydenta Ukrainy. Perto Poroszenko w czasie wizyty w Berlinie powiedział, że nie widzi potrzeby zmiany formatu rozmów i poszerzania ich o Polskę. Ukraiński prezydent po spotkaniu z Angelą Merkel zaznaczył, że format normandzki oraz porozumienia z Mińska są podstawą toczonych rozmów i nie ma potrzeby tego zmieniać. 

Inicjatywa Andrzeja Dudy wpisuje się w jego zapowiedzi z kampanii wyborczej. Przedstawiał on wizję prezydentury aktywnej i otwartej na różne opcje polityczne. Zapewniał, że nie zamierza być prezydentem swojej opcji politycznej, ale głową państwa reprezentującą wszystkich Polaków. Tymczasem początek kadencji nie potwierdza tych zapowiedzi. Pierwszym sygnałem była decyzja o przeprowadzeniu październikowego referendum połączonego z wyborami parlamentarnymi. Prezydent chce, aby wyborcy wypowiedzieli się na temat zniesienia obowiązku szkolnego dla sześciolatków, obniżenia wieku emerytalnego oraz prywatyzacji lasów państwowych. Sam prezydent podkreślał, że jest to inicjatywa całkowicie obywatelska, której się przychylił. Politycy zauważają jednak, że pytania referendalne są zgodne z postulatami PiS oraz wymierzone są w politykę rządu. Prezydent Duda nie zadbał też, aby referendum poszerzono o pytania lewicy, jak in vitro czy finansowania lekcji religii w szkołach.

Podróże z prezydentem tylko dla wybranych

Do tego dochodzą zarzuty dziennikarzy, że prezydent wyraźnie faworyzuje media przychylne jego opcji politycznej. Dziennikarze „Newsweeka”, „Gazety Wyborczej”, Radia TOK FM, „Polityki” oraz serwisu naTemat nie dostali akredytacji na wyjazd prezydenta do Berlina. Kancelaria Prezydenta zapewnia, że ich brak był spowodowany jedynie brakiem miejsc. Część środowiska dziennikarskiego zauważa jednak, że znalazły się one głównie dla mediów prawicowych, przychylnych Andrzejowi Dudzie.

Sprawę skomentował Jacek Pawlicki, dziennikarz „Newsweeka”. „Kancelarii bardzo dziękuję. Prezydentowi też. Stracił okazję, by przekonać mnie do siebie podczas najważniejszej wizyty na początku swojej prezydentury” - napisał. Jego zdaniem taka decyzja mogła mieć związek z wcześniejszą publikacją jego gazety na temat tzw. kilometrówek, jakie Andrzej Duda jako poseł wydawał na podróże do Poznania. Dziennikarze „Newsweeka” podejrzewają więc, że decyzja prezydenta może być zemstą za nieprzychylną publikację.

Nowa „wojna na górze”?

Niektórzy dziennikarze, także z tzw. mediów mainstreamowych apelują do swoich kolegów o powściągliwość w rzucaniu gromów na ekipę nowego prezydenta. Przypominają, że Bronisław Komorowski także faworyzował media jemu przychylne.

Początkowe posunięcia prezydenta, jak chociażby list opublikowany na łamach „Gazety Wyborczej” mogłyby świadczyć, że Andrzej Duda będzie otwarty na wszystkie środowiska. Także te odnoszące się krytycznie do jego prezydentury. Ostatnie posunięcia głowy państwa wskazują, że polską scenę polityczną czeka kolejna „wojna na górze”.  #polityka zagraniczna #Ukraina